Filmik promujący płytę.
O ile nieobecność na nim Cornella jestem w stanie zrozumieć, bo jego nie ma ostatnio kompletnie nigdzie, zero, null, nawet wywiadów z tego co wiem nie udziela od ogłoszenia reaktywacji Soundgarden, to czemu Mylesa nie ma to już nie wiem. Może Slash chciał zachować oba numery tych wokalistów w tajemnicy?
Mimo wszystko, że ten koleś z Maroon 5 pasuje tam jak pięść do nosa, to płyta zapowiada się bardzo dobrze moim zdaniem. Nawet Fergie nie przeszkadza, dziewczyna ma niesamowity głos.
Już się nie mogę doczekać jej premiery :)
Zacytuję z tematu o Cornellu, ale napiszę tutaj bowiem moja odp z Cornellem ma się raczej nijak:
Baczu napisał/a:
Btw. ktoś wie jak wygląda proces komponowania? Czy slash sam komponuje i zaprasza gości tylko do zaśpiewania czy moze każdy kawałek komponuje wspólnie z owym gościem?
Kompozytorskiego talentu AXLa to on nie ma ale kolejny raz chce udowodnić że robi coś sam, nie śledzę tego czegoś na okrągło właśnie dlatego że zaczyna się o tym mówić i pisać wszędzie już, aczkolwiek obiło mi się o uszy że odpowiada za płytę w 100% są goście to i każdy ma jakiś swójmały wkład, nawyki, styl, coś czego się nie wypleni, ale raczej nikt faszystowskich reguł komponowania nie stosuje, aczkolwiek to będzie JEGO.
Co do tematu, nie wiem jak wypadł z Cornellem, nie wiem jak płyta brzmi, będzie pompatyczna, tym muzycznym przesytem odrzuca, ale przyciąga osobowościami (Ozzy, Lemmy, Cooper) i tego się trzymam jako dominacji pozytywów nad negatywami.
Za jakieś 10 dni się przekonam(y)...
No cóż, płytke przesłuchałem juz 3 razy, więc moge cokolwiek powiedzieć. Napewno najlepsze kawałki to Promise z Cornellem, Nothing to say z Shadowsem i Starlight z Kennedym. Ten ostatni to naprawde mistrzostwo, świetna kompozycja do tego dochodzi świetny wokal Mylesa. Zawiodłem sie na kawałku z Andrew Stockdale z Wolfmother, strasznie nudny i bezpłciowy. Ogólnie płytka bardzo dobra, mimo iż nie jestem jakimś przesadnym fanem Slasha, odwalił naprawde kawał dobrej roboty, świetne riffy, fajne solówki, no i gości dobrych zaprosił. Nie zawiodłem sie.
jordi, przepraszam - masz niesamowite szczęście, że nie napisałam, że po przesłuchaniu parukrotnym całości to naprawdę świetna płyta, jedna z najlepszych ostatnich miesięcy, i aż żal, że premiera jest dopiero 6 kwietnia i musisz tyle czekać, bo to już naprawdę by było kuszenie
Baczu - jeszcze Mother Maria jest dobre :) ale więcej napiszę po premierze :)
gdybyś tak napisała to rzeczywiście może by mnie skusił, ale dobrze że tego nie powiesz i dobrze że ja tego nie przeczytam..
mnie strasznie morduje ciekawość i mały głód w jednym a może duży głód bym przesłuchał chociaż to coś co zrobił z Lemmym, wielki post jest ludzie, a wy się tak obżeracie bezwstydnie muzyką
świetne numery. cedeka przesluchalem w calosci juz kilka razy, a moje ulubione songi to te w wykonaniu kennedy'iego i osbourna. na tle reszty wybija sie jeszcze beautiful dangerous zaspiewane przez ferie, a cornellowe promise wydaje sie byc jakies malo wyraziste :< ogolnie - powyzej oczerkiwan, zdecydowanie. bedzie czego sluchac :D
nie wysuwam się z wnioskami naprzód, bo sobie zęby powybijam, aczkolwiek Crucify the Death - wiedziałem że mysi być świetny, znając gościa użyczającego głosu tak samo, Doctor Alibi, Promise, nowa wersja Paradise City i w ogole poza kilkoma jedynie mdłymi (oczywiście tylko na tle samej płyty, i nie pisze wcale o Gotten na przykład).
Tempo i sposób grania to zapewne upodobania Slasha i tęsknota do Appetite For Destruction i pasuje na jej kontynuację "2" choć brakuje brakuje mi do tego stwierdzenia pewnych osobowości..
Na koniec, to nie przypadek, instrumentalnie, ale nazwałbym ten kawałek jedynym gdzie "przemawia" wyraźnie Slash, początek daje nam efekt przejętego wyjca coś pomiędzy ludzkimi strunami głosowymi zmieszanymi z dźwiękiem gitary, tak, tak... takie mam dziwne wyobrażenia jak to słyszę.
Na trasie nie ma Polski, może są jeszcze jakieś otwarte terminy, nie wiem, ale gdybym nawet o czymś myślał prywatnie, to czas dla mnie nie ten..
Aaa, plagiat? Gdzieś to już czytałem, dziwi mnie, w tradycyjnym rocku a la 80's zostało już powiedziane prawie wszystko, nadchodzi czas kiedy artyści zaczną natrafiać na przypadkową powtarzalność, nawet tych popularnych kawałków, a ja uważam że to jest kropla w morzu muzyki na płycie, np sam początek Nothing to Say.. i gdzieś tam jeszcze, ale już nie pamiętam (bo właśnie słucham na świeżości dolnej części płyty).
Pisałem juz na koniec, a dopisałem, teraz kończę trzecim końcem
Dorzucę jeszcze, że Ozzy się za bardzo nie popisał. Nuda.
Słuchałam tej płyty wielokrotnie już, powiem, że nadal mi się podoba. Rock teraz z reguły jest przewidywalny, a ja szczerze mówiąc cieszę się, że Slash nagrał taką płytę, niż miałby kombinować na tysiące sposobów i miałoby z tego wyjść okrągłe zero. Być może zdawał sobie sprawę, że to będzie dla niego lepsze.
Poza tym - tutaj parokrotnie trochę wyszedł z ram swojego tradycyjnego grania, chociażby na tym nieszczęsnym "Promise", które na początku mi się podobało, a teraz jakby mi czegoś w nim brakowało - jest ok i nic więcej, a po tym duecie się spodziewam nieco więcej.
Nadal obstaję przy tym, że "Mother Maria" to póki co według mnie najlepsza piosenka z tej płyty, obok leciuśko przerobionego "Paradise City" (Fergie ma głos momentami jak Axl, jak Boga kocham, a sympatia do tej piosenki to chyba też stary sentyment do Cypress Hill z zamierzchłych czasów).
Płyta jest powyżej moich oczekiwań, bo bałam się, że Slash trochę mnie (i swoich gości) przygniecie swoją gitarą, a ja dostaję drgawek, jak mam słuchać półgodzinnej solówki albo popisów gitarą co 10 sekund.
Tylko szkoda, że zanim będzie w Media Markcie u mnie to uschnę albo zdążę kupić całą dyskografię Davida Bowie.
jak mam słuchać półgodzinnej solówki albo popisów gitarą co 10 sekund.
ja szczerze chciałem tego jego kombinowania, i jednak chyba trochę go przytłoczyli przyjaciele na tej płycie.
Consi napisał/a:
najoryginalniejszy duet ostatnich miesięcy - Alice Cooper i Nicole Scherzinger
zapomniałem cud miód malina
Consi napisał/a:
Słuchałam tej płyty wielokrotnie już, powiem, że nadal mi się podoba. Rock teraz z reguły jest przewidywalny, a ja szczerze mówiąc cieszę się, że Slash nagrał taką płytę, niż miałby kombinować na tysiące sposobów i miałoby z tego wyjść okrągłe zero. Być może zdawał sobie sprawę, że to będzie dla niego lepsze.
nie, nie zdawał sobie sprawy z tego, on taki jest, ma prosty schemat ale też i swoj styl, przez co wiemy że to jest szczere, ktoś by coś dodał, zmienił, on po prostu nagrał, i już ;]
to jest tzw bezpośredniość muzyczna, wciela ewidentnie wszystko co poznał w GNR VR SS :)
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum