Hm, całkiem fajny artykuł. I faktycznie, trafne spostrzeżenie. PJ od "maskotki grunge'u" ewoluował w niezależny zespół, który bardzo rzadko pojawia się w większych mediach.
Zastanawia mnie końcowka tego artykułu: "Naiwnie wierzy, że muzyka może zmienić swiat"...Muzyka oddziałowuje na nas. Może nie jest wstanie zmienić czy uratować świata, ale może zapoczątkować zmianę, która dokonuje się w nas samych... Każda płyta PJ stara się coś powiedzieć...
_________________ Delikatny przypływ...
Myśli przybywają jak motyle..
Niech żyje Pearl Jam Robert Sankowski
2007-10-19, ostatnia aktualizacja 2007-10-19 17:40
Dwa nowe wydawnictwa z obozu Pearl Jam - koncertowe DVD grupy "Immagine In Cornice" oraz solowa płyta wokalisty Eddiego Veddera "Into The Wild"
Takie pozycje to na ogół tylko uzupełnienie regularnej dyskografii zespołu. Ale nie w tym wypadku. Zarówno materiał koncertowy grupy - nakręcony podczas ubiegłorocznych występów we Włoszech - jak i album Veddera bronią się jako dzieła zupełnie niezależne od tego, co na co dzień robi Pearl Jam. Zaskakuje to zwłaszcza w przypadku płyty wokalisty - to nie pozycja w stu procentach autonomiczna, lecz jedynie zbiór kompozycji, które posłużyły za ilustrację dźwiękową do filmu Seana Penna "Into The Wild".
Vedderowi zdarzało się już nagrywać poza Pearl Jam. Zawsze jednak na zasadzie współpracy z innymi artystami. "Into The Wild" jest więc w pewnym sensie jego debiutem - po raz pierwszy nagrywa tylko i wyłącznie na własne konto. Nie dziwi, że zrobił to akurat przy okazji filmu Seana Penna. Podobnie jak Pearl Jam w świecie amerykańskiej muzyki, Penn od lat pracuje w Hollywood na opinię outsidera i kontestatora. Podobnie jak Pearl Jam nie przepada też za prezydenturą George'a W. Busha - swego czasu wykupił nawet ogłoszenie w "Washington Post", w którym zaatakował politykę prezydenta.
"Into The Wild" nie jest jednak filmem politycznym. Jest zainspirowany książką o tym samym tytule, która opowiada autentyczną historię amerykańskiego dwudziestoparolatka. Chłopak porzucił rodzinę, wyruszył autostopem przez Amerykę, dotarł na Alaskę, gdzie w najdzikszych zakątkach stanu przeżył w całkowitym osamotnieniu kilka miesięcy i zmarł w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.
To temat wymarzony zarówno dla Penna, jak i Veddera. Samotność, konflikt ze społeczeństwem, ucieczka i odrzucenie tego, co oferuje współczesny świat - te tematy regularnie pojawiają się w tekstach wokalisty Pearl Jam. Zapewne właśnie dlatego piosenki z "Into The Wild" zabrzmiały tak przekonująco. Vedder postawił na akustyczne brzmienia (zagrał tu na wszystkich instrumentach!). Ta jego mocno folkowa muzyka wydaje się idealnie pasować do opowiadanej przez Penna historii. Na dobrą sprawę w dużej części to tylko zbiór muzycznych impresji. Króciutkie utwory w rodzaju "Settin Forth" czy "No Celling" brzmią bardziej jak szkice do pełnoprawnych piosenek. A jednak w tych kompozycjach jest jakiś szczególny urok (posłuchajmy tradycyjnego "Rise" czy mrocznego "Long Nights"). Jest też charakterystyczna dla Veddera siła i pasja. Chyba najlepiej czuć ją w pięknej piosence "Society". Mimo że to akurat nie kompozycja samego Eddiego, lecz kalifornijskiego wokalisty Jerry'ego Hannana.
"Immagine In Cornice" to jeden z lepszych filmów koncertowych, jakie dane mi było oglądać w ostatnich latach. To nie jest zwykły zapis koncertu - ten obraz ma swoją historię i dramaturgię, a sekwencje z występów (znakomite) są tu tylko jednym z elementów całości. Film pokazuje zespół podczas kilku koncertów we Włoszech. Pearl Jam odwiedza między innymi Bolonię, Mediolan, Weronę. - Włoska publiczność jest wyjątkowa - mówi gitarzysta Mike McCready. Trochę nas to może zaboleć, bo swego czasu zespół mówił podobne rzeczy także o polskich fanach. No ale we Włochach chyba rzeczywiście coś musi być - oglądamy, jak przed każdym koncertem Vedder uczy się pilnie całych zdań po włosku, aby lepiej nawiązać kontakt z publicznością. Inna sprawa, że ma jej do powiedzenia naprawdę ważne rzeczy. - W czasie wojny zagramy wam piosenki, które mówią o tym, jak ważny jest pokój - zwraca się w pewnym momencie do fanów.
W przepięknej włoskiej scenerii odkrywamy to, co od lat stanowi o sile Pearl Jam. Migawki zza sceny, niby banalne obrazki z trasy - McCready rozdający autografy przed hotelem czy basista Jeff Ament jeżdżący na desce w jakimś opuszczonym skateparku - wszystko to elementy układanki, które tworzą obraz zespołu wyjątkowo antygwiazdorskiego. Ale mimo tego antygwiazdorstwa w muzykach grupy jest więcej charyzmy niż w tuzinie celebrities lansowanych przez media. Gdy grając "Better Man", muzycy skupiają się na środku sceny, zamieniają się w jeden muzyczny organizm. To jedna z najmocniejszych scen tego filmu. Ale równie mocne jest wykonanie słynnej kompozycji grupy "Alive" - w fantastycznym pod względem muzycznym finale Vedder nagle się o coś potyka i pada na scenę. Każdy inny zespół by to wyciął. Ale nie Pearl Jam.
W ostatnich scenach filmu Eddie wchodzi na jakąś zabytkową wieżę w środku któregoś z włoskich miast. U jej stóp gromadzą się fani. Wokalista pozdrawia ich ze szczytu. Typowy rockowy obrazek - idol i jego wyznawcy. Ale Vedder natychmiast rozbija ten schemat. Już gdy na ekranie pojawiają się napisy, widzimy, jak łapie za szczotkę i na tej samej wieży zaczyna zamiatać śmieci.
To jest właśnie magia Pearl Jam. (celna puenta - przyp. MaaD)
_________________
"Chłopaki szturchają się łokciami, Gryzą szlugi, walą głowa w blok. Trzeba rzucić trucie się fajkami I uprawiać fantastyczny sport."
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum