Nie rozumiem takich decyzji. Płyta jest mistrzowska, więc nie kręci mnie grzebanie w niej i poprawianie.
A nie lepiej jest sluchac wersji poprawionej jakosciowo i pod wzgledem brzmienia lepiej, zeby jeszcze lepsza byla ? Cos mi sie wydaje ze raczej nie robia takich reedycji tylko z powodu kasy, ale i dlatego ze technologia poszla do przodu i umozliwia wyciagniecie lepszej jakosci z nagrania :) Reedycje sa jak najbardziej ok, szczegolnie po parunastu latach od wydania pierwowzoru.
_________________
Fly People Fly - szukajcie mnie pod chmurami!
---
T.Nalepa - Zawsze wierny mi...
---
„Wszystko zdarza się tylko raz. I nigdy nie wraca.
Jeśli będziesz próbował[a] wskrzeszać przeszłe zdarzenia, ominiesz to, co ma się wydarzyć w następnej kolejności”
Odnowiony Porch jest dobry,jednak bez większych rewelacii.Podoba mi sie,że mozna ulsyszec wiecej szczegołow,ale chyba zbyt bardzo jestem przyzwyczajny do wersii z 10.
O wiele lepszy jest za to Brother ,w koncu uslyszalem go z wokalem w dobrej jakosci.Co do Washa i Franka to wątpie zeby pojawily sie na reedycii przeciez byly juz one na zgubionych psach w innych wersjach
Osobiście uważałam, że to jakieś nieporozumienie z tą reedycją. Widziałam w tym jedynie chęć zysku.
Wciąż w tym widzę chęć odświeżenia pamięci ludziom i zarobienie trochę grosza.
Fakt, zmian jak na razie rewelacyjnych nie ma, choć jak się wsłuchać np. w Porch, to są różnice. Brother jest w ogóle super, choć akurat ta wersja mniej mi się podoba.
Ale jednak powoli przekonuje się do pomysłu - jeśli chłopaki rzeczywiście chcieli, żeby tak to brzmiało od początku, to chcę to usłyszeć. Tą "Ich" wersję...
Co do jakości... Kiedyś na message pit ludzie się wypowiadali w sprawie pogorszenia muzyki na cd od 2000 roku. Że wcześniej jakość była lepsza, wszystkie tony słyszalne. A teraz nie. I ze to kwestia postępu. Więc nie wiem, czy będzie super.
Podsumowując - obawiam się, że PJ zmienił się bardzo. Ponowne wydanie płyt z okazji 20-lecia istnienia zespołu? Nie kapuję tego. I mam mieszane uczucia. Inaczej - nie widzę innego powodu, dla którego mieliby to robić oprócz kasy. I mi się to nie podoba. Tymczasem odsuwam te myśli od siebie, bo zbyt się tym denerwuję.
Co się dziś dzieje z grunge'em - jednym z najbardziej ekscytujących trendów w historii rocka? Reedycją legendarnego debiutanckiego albumu "Ten" grupa Pearl Jam zaczyna świętowanie 20-lecia działalności
Spokojnie, to nie pomyłka, nie ma co nerwowo zaglądać do encyklopedii. Zespół pierwszy koncert dał w październiku 1990 r., a pod nazwą Pearl Jam występuje od 1991, więc jubileusz grupy dopiero za dwa lata. Ale formacja postanowiła rozłożyć rocznicowe obchody. Tym bardziej że w ich ramach ukazywać się będą reedycje wszystkich studyjnych albumów Pearl Jam. Zgodnie z chronologią - a zdaniem wielu także i hierarchią ważności - na pierwszy ogień idzie debiutancka płyta "Ten" z sierpnia 1991.
Na półki sklepów trafią za tydzień aż cztery różne jej wersje. Legacy Edition zawierać będzie zremasterowane nagrania z debiutu grupy, ich nowe miksy wykonane przez Brendana O'Briena (zespół często podkreśla, że w oryginalnej produkcji "Ten" była zbyt "wypolerowana") oraz kilka piosenek odrzuconych podczas sesji nagraniowych i pochodzących z taśm demo. Wersja Deluxe wzbogacona będzie o DVD z zapisem słynnego koncertu MTV Unplugged z 1992 r., który nigdy wcześniej nie ukazał się na oficjalnym wydawnictwie. Jest też dwupłytowa wersja winylowa z oryginalnymi i zmiksowanymi przez O'Briena wersjami piosenek z "Ten". No i w końcu dla najbardziej zagorzałych wyznawców - Collector's Edition z dwiema płytami CD, DVD, czterema winylami, repliką oryginalnej kasety demo zespołu, reprodukcją notesu, w którym wokalista Eddie Vedder zapisywał pomysły na teksty, i masą innych pamiątek z wczesnego okresu Pearl Jam.
Wszystko to pachniałoby trochę sprytnym pomysłem na wyciągnięcie paru dodatkowych dolarów z kieszeni wielbicieli. Ale chyba nie w wypadku Pearl Jam.
Nie chodzi nawet o szczególną etykę wyznawana przez tę formację, w której dbałość o fanów jest przykazaniem numer jeden. Pearl Jam jest po prostu zespołem starego typu - jakby żywcem wyjętym z przełomu lat 60. i 70., gdy rynkiem nie rządziły jeszcze wielkie korporacje, a w całej tej zabawie chodziło wciąż - a przynajmniej tak się mogło wydawać - bardziej o muzykę niż o kolejne miliony zarabiane na płytach i trasach. Z rzeczywistości, która mogłaby być skrzyżowaniem filmu Camerona Crowe'a "Na progu sławy" i książki Nicka Hornby'ego "Wierność w stereo" - zaludnionej przez kapele, których każda kolejna płyta zaskakiwała, i ich fanów, dla których naturalnym środowiskiem były małe sklepiki wypełnione po sufit płytami. Rzeczywistości, w której muzyka jest nie tłem, ładowanym paroma kliknięciami na odtwarzacz MP3, lecz całym światem. To właśnie dla nich - swoistych muzycznych świrów, którzy gotowi byli wściekle kłócić się o zawartość stron B singli lub znaczenie liternictwa na okładce ulubionej kapeli - gwiazdy lat 70. wydawały różne rarytasy. To dla nich - tyle że trzy dekady później - swoje reedycje przygotował Pearl Jam.
To porównanie ma sens. Historia Pearl Jam od samego początku obrastała legendami i anegdotami godnymi wykonawców z klasycznej epoki rocka. Weźmy choćby nazwy grupy. Formacja najpierw występowała jako Mookie Blaylock. To nazwisko ulubionego koszykarza zespołu, a tytuł "Ten" to numer jego koszulki w Atlanta Hawks. W finale koncertu Unplugged basista Jeff Ament ustawia na stołku małą figurkę Blaylocka.
Szyld Pearl Jam też szybko dorobił się historii - miał być hołdem dla babci Veddera Pearl, która rzekomo robiła psychodeliczny dżem z kaktusów. Po latach zespół przyznał, że to bzdura - grupa miała nazywać się Pearl, potem muzycy dodali do niej drugi człon zafascynowani koncertem Neila Younga, na którym fantastycznie jamował.
Pearl Jam to nie tylko takie anegdoty, lecz również słynna, nagrana z Youngiem płyta "Mirror Ball", walka o niższe ceny biletów z monopolizującą rynek koncertów w USA firmą Ticketmaster lub światowe tournée z 2003 r. zakończone oficjalnym bootlegiem z każdego koncertu. Ale to także wydarzenia o większym ciężarze gatunkowym, jak konflikt z liderem Nirvany Kurtem Cobainem, który uważał formację za symbol zaprzedania się Seattle przemysłowi muzycznemu, kampanie propagujące udział w wyborach czy w końcu tragedia na festiwalu w Roskilde, gdzie w 2000 r. podczas koncertu dziewięć osób zginęło zadeptanych przez tłum. Pearl Jam obrósł mitologią, o jakiej dzisiejsze gwiazdy muzyki gitarowej mogą tylko pomarzyć.
Obrosła także cała scena z Seattle. Zespół jest niemal rówieśnikiem słynnej wytwórni Sub Pop (jesienią obchodziła swoje 20-lecie), a jego założyciele Jeff Ament i gitarzysta Stone Gossard brali udział w narodzinach stylu grunge, który na początku lat 90. triumfalnie podbił cały świat i wykreował nowe gwiazdy, jak niemający nic wspólnego z Seattle Stone Temple Pilots z kalifornijskiego San Diego.
W połowie lat 80. grali w formacji Green River razem z Markiem Armem i Steve'em Turnerem. Ci drudzy założyli wkrótce formację Mudhoney - jedną z legend sceny grunge'owej, a Ament i Gossard współtworzyli Mother Love Bone - kolejny projekt pełen muzyków, którzy znali się z dziesiątek innych składów. Po śmierci wokalisty grupy Andrew Wooda (przedawkował heroinę w 1990 r.) tworzące się już Pearl Jam do spółki z dwoma muzykami kolejnej legendy z Seattle - Chrisem Cornellem i Mattem Cameronem z Soundgarden - pod jednorazową nazwą Temple Of The Dog nagrało niesamowity album poświęcony zmarłemu przyjacielowi.
Ta płyta to chyba najbardziej dobitny wyraz ducha przyjaźni i współpracy jednoczącego ówczesną scenę z Seattle. Ale takich przykładów w historii tego miasta jest więcej. Gossard już w czasach Pearl Jam grał w zespole Brad, nagrywał też płyty solowe. Ament nagrywał z formacją Three Fish i pod własnym nazwiskiem. Drugi gitarzysta Pearl Jam Mike McCready ma na koncie świetny album z efemeryczną grupą Mad Season, w której pojawili się także muzycy z kolejnych znakomitych formacji z Seattle - Alice In Chains i Screaming Trees.
Deszczowe miasto, poczucie izolacji, oddalenie od wielkich metropolii i wszechogarniająca nuda, którą można było zabić albo ciężkimi narkotykami, albo graniem w kapeli - to wszystko powraca we wspomnieniach muzyków z okolic Seattle i złożyło się na specyficzny klimat, z którego wyłonił się jeden z najbardziej ekscytujących trendów rocka. Przywiązany do tradycji i anarchistyczny zarazem.
Pozbawieni ciśnienia na sukces muzycy bez skrępowania sięgali po często kłócące się ze sobą gatunki: hard rock, heavy metal, Beatlesi, psychodelia, country i folk w absurdalny sposób łączyły się z undergroundowym punkiem i hardcore'em. Być może coś takiego nie przeszłoby nigdzie indziej na świecie. Zadziałało w Seattle, którym nie interesowały się media i wielkie koncerny.
Szaleństwo grunge'u przeminęło w połowie lat 90., ale Seattle trzyma się mocno. Sub Pop wciąż wydaje płyty. Już w czasach popularności grunge'u miał w stajni takie zespoły jak inspirujący się soulem Afghan Whigs z Ohio czy uważanych za prekursorów emo Sunny Day Real Estate. Później wydawał i nowofalowy Hot Hot Heat, i elektroniczny Postal Service. Dziś jest domem dla folkrockowego Iron & Wine oraz obwołanego objawieniem po obu stronach oceanu Fleet Foxes. Najwyraźniej jeśli w Seattle ktoś ogląda się za siebie, to nie tylko po to, by napawać się dobrym samopoczuciem.
_________________ KULT:Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,,PEARL JAM:Matt Cameron,Eddie Vedder, Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA:Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS:Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
JAMik dzięki za artykuł. Ciekawe, ze czytając go czułam się jakby autor tego artykułu miał o wiele większą zajawkę niż ja na tym punkcie i był mniej jeszcze obiektywny ode mnie. Aż miło:)
BTW. Jestem pod wrażeniem - powiedz mi, JAMik jak Ty wyszukujesz takie rzeczy, tj. ciekawostki,artykuły itp. Czy masz do tego specjalny dar, specjalnych podpowiadaczy, czy dużo czasu?
Za dużo czasu to bym chciał mieć.Ktos podrzuci mi,coś tam trafie i ot tyle
a ciekawostki to za młodych lat się miało brygade zapaleńców i znajomych obładowanych w rozmaite księgi i takie tam.Głównie jednak to rozmaite bootlegi i DVD gdzie sporo mówi sie na tematy różne
_________________ KULT:Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,,PEARL JAM:Matt Cameron,Eddie Vedder, Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA:Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS:Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
Reedycja Ten już pojawiła się w polskich torrentach:)
natrafiłam na jednej z głównych stron z torrentami. Data dodania 16 marca.
Zgadnijcie, co robiłam wczoraj (a może dzisiaj) do 1.30?
niektóre utwory są... hmmm interesujące inaczej;)
Ja sie najbardziej zapalam na Deluxe z powodu dvd,ciągle nie mogę pojąć dlaczego nie wydali tego wczesniej?Z głośniczków przerzucam sie na głosniki,a mrygające cyfry won!
No i nareszcie będzie można wyrazić pełnoprawną opinie o Unplugged (patrz -> co najmniej dobry dźwięk+widoczność)
Ktoś kto posiada unplugged na DVD z owej reedycji niech poda setlistę i CZAS TRWANIA.Jestem ciekaw ile wycieli w stosunku do audio(czuli uncuta) dostępnego w necie
_________________ KULT:Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,,PEARL JAM:Matt Cameron,Eddie Vedder, Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA:Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS:Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum