Poprzednio taka sytuacja zdarzyła się w tym miejscu w 1991 roku, kiedy to na chorzowskim gigancie wystąpiły w jednym dniu AC/DC i Metallica.
Występy Pearl Jam i Linkin Park to dopiero początek wielkiego grania na Śląskim. Jeszcze w tym miesiącu zagra Genesis, a na początku lipca pojawi się tam grupa Red Hot Chili Peppers.
45 tysięcy fanów przyjechało wczoraj na Stadion Śląski w Chorzowie
Od wczesnych godzin rannych wokół stadionu zbierały się grupki fanów ubranych w koszulki swoich idoli - Pearl Jam i Linkin Park. Nie wystraszyły ich prognozy pogody przestrzegające przed gwałtownymi burzami na Śląsku ani ciemne chmury, które nad Chorzowem zaczęły się zbierać po południu. Wielkie święto rockowych dźwięków tak naprawdę tylko na moment zostało zakłócone, gdy kilkanaście minut po godz. 15 pojawił się oficjalny komunikat, że bramy stadionu zostaną otwarte godzinę później, niż planowano. Powód? Jeden z zespołów zażyczył sobie przebudowy sceny. Pierwsze dźwięki zabrzmiały po godzinie 17, gdy zagrali Gutierez, laureat specjalnego konkursu dla internautów "Supportuj Pearl Jam i Linkin Park". Tuż po nich atmosferę doskonale nakręcił jeden z najlepszych polskich zespołów rockowych, łódzka Coma. Po godzinie 19 na scenę wyszli muzycy Linkin Park. Koncert największej gwiazdy imprezy rozpoczął się punktualnie o godz. 21.
Muzyka pozwala jej wytrwać
"Szpital, onkologia, chemia. Ja podłączona do życiodajnej kroplówki. Tyle myśli w skołatanej głowie, a tak trudno przelać je na papier. Pisanie. Czynność zupełnie naturalna dla przeciętnie wykształconego człowieka. Dla mnie normalność ma inny wymiar. Tak trudno zmusić oporną rękę. Tak dużo będzie musiała się nauczyć: trafiać łyżką do ust, chwytać, głaskać, malować. Nie może liczyć na swą bliźniaczą siostrę. Ona jej nie pomoże. Jej już nie ma. Walczyła z rakiem dzielnie, ale on okazał się silniejszy."
Karolina napisała ten list tuż po operacji. Namówiły ją do tego pielęgniarki, którym zwierzyła się, że bardzo chciałaby zobaczyć na żywo Linkin Park. List mogła napisać lewą ręką. Prawą lekarze musieli amputować, by ratować jej życie. Karolinie w tych dniach bardziej niż tabletki była potrzebna nadzieja. Sił dodawała jej muzyka ukochanego zespołu.
Karolina słyszała o fundacji realizującej dziecięce marzenia. Postanowiła spróbować. Marzenie nastolatki trafiło do jej imienniczki pracującej w Fundacji, Karoliny Sobolewskiej.
- Zrealizowaliśmy ponad 500 marzeń, ale kolejka marzycieli rośnie i teraz liczy dwieście osób - mówi Sobolewska.
W Fundacji, która zatrudnia tylko pięciu pracowników, dwoją się i troją, by jak najszybciej znaleźć sponsora i obdarować chore dziecko.
Niemal w tym samym czasie, w którym Karolina szykowała się do podróży do Katowic, dwoje podopiecznych Fundacji odwiedzało Kanadę. Ich marzeniem była wizyta na Zielonym Wzgórzu, w muzeum Ani Shirley, ulubionej na całym świecie bohaterki książek Lucy Maud Montgomery. Mogli się nawet położyć w łóżku Ani.
Karolina bardzo chciała spotkać się z muzykami Linkin Park. Kiedy pisała list nie przypuszczała, że trafi on do członków zespołu. Poruszeni słowami dziewczyny przygotowali dla niej niespodziankę - nagrali krótki film, w którym powiedzieli kilka słów o sobie i życzyli jej powrotu do zdrowia. Na koniec puścili ulubioną piosenkę Karoliny "In the end" (Do końca). Nagrali ją na jednym z koncertów i zadedykowali chorej Polce. Publiczność wykrzyczała refren, który miał dotrzeć aż do Gdańska.
- By obejrzeć teledysk zorganizowaliśmy prezentację nagrania - wspomina Sobolewska. Do jednego z gdańskich kin Karolina zaprosiła przyjaciół. Nikt nie potrafił ukryć łez.
"Wasza muzyka pozwala mi trwać wbrew wszystkiemu. Jest nicią Ariadny dla mojej zagubionej, błądzącej po manowcach nadziei" - to kolejny fragment listu Karoliny. Wczoraj wreszcie mogła zobaczyć Linkinów na żywo!
Dziewczyna zachorowała sześć lat temu. Pewnej nocy obudził ją ból prawej ręki, który nie przeszedł po jednym dniu, nie przeszedł po kolejnych. Nie uśmierzyły go lekarstwa.
- Ortopeda bez prześwietlenia ręki postanowił umieścić ją w gipsie. Podejrzewał złamanie kłykcia łokciowego - opowiada Karolina. Ta drobna kontuzja okazała się jednak nowotworem kości.
Przez te wszystkie lata Karolina bardzo dzielnie walczy z chorobą. Przerzutami do płuc, wątroby. Nie poddaje się. Ma oczy pełne blasku.
- Podziwiam ją. Jej wiarę, jej siłę. Ja przy niej jestem bardzo słaba - wyznaje Ania, najlepsza przyjaciółka Karoliny.
Razem chodziły do podstawówki, gimnazjum i liceum. Choć trafiły do klas o innych profilach - Karolina do matematyczno-fizycznej, a Ania do lingwistycznej wciąż trzymają się razem. Wspierają.
Teraz też razem przyjechały na koncert. - Bo prawda jest taka, że to Ania zaraziła mnie muzyką Linkin Park - wyznaje Karolina. - Słowa ich piosenek są jak samo życie - dodaje.
"Szpital. Onkologia. Na wprost łóżka zegar, który odmierza smutne zapłakane minuty. Ja z kroplówkami. Ja kołysząca do zdrowego świata. Jak mantrę powtarzam refren piosenki Linkin Park: Chcę ozdrowieć, chcę poczuć, chcę pozbyć się bólu, który czułam tak długo, zetrzeć cały ten ból aż zniknie."
Karolina w tym roku zdała maturę. Chce studiować turystykę. Pociąga ją świat rozpościerający się za szpitalnym oknem. - Tak wiele czasu spędziłam w szpitalu, że zaczęłam mylić go z domem - mówi dziewczyna. Póki co zobaczyła Spodek i Stadion Śląski. Hotel Katowice ufundował nocleg, a Pizza Hut poczęstunek. Jak wszystko się uda, niebawem Karolina poleci do Stanów Zjednoczonych po protezę ręki. Nie może się doczekać. Już była za oceanem na przymiarkach.
"Czuję się jak Ikar, któremu podcięto skrzydła. Czy ponad poziomy wznieść się zdołam? - pyta w liście.
Pierwszy koncert Linkin Park w Polsce
Potężna dawka pozytywnej energii, wspaniałe, klimatyczne piosenki, w których wokalista Chester Bennington mógł pokazać pełen wymiar swoich możliwości wokalnych i doskonałe porozumienie z fanami - to najczęstsze komentarze fanów tuż po zakończeniu koncertu Linkin Park.
Wczorajszy koncert był pierwszym, jaki dali w Polsce. - Pojawiły się wszystkie piosenki, na które czekałam. To zespół, który daje mi niesamowitą energię i wyciąga to, co w nas najlepsze - mówiła wczoraj Ania Sudenis z Lublina, fanka Linkin Park.
Zgodnie z przewidywaniami, Amerykanie rozpoczęli koncert od utworu "One Step Closer". Już samo ich wyjście na scenę wywołało wielką euforię wśród kilkudziesięciu tysięcy fanów. "Lying From You" i "Somewhere I Belong", które pojawiły się na początku koncertu, wspaniale podkręciły atmosferę. Emocje były gigantyczne.
Linkin Park udowodnili, że są zespołem przede wszystkim koncertowym. Choć ich płyty brzmią doskonale i bardzo profesjonalnie, to jednak na scenie dają sobie odrobinę luzu i pozwalają na odpowiednią dawkę improwizacji.
O ile po wokalistach, Marku Shinodzie i Chesterze Benningtonie można spodziewać się dużo dobrej muzyki, o tyle naprawdę pozytywnie zaskoczył Brad Delson. Gitarzysta, który niedawno sam zapraszał naszych Czytelników na chorzowski koncert Linkinów mówiąc, że da z siebie absolutnie wszystko, słowa dotrzymał. Świetny i naturalnie nawiązany kontakt z publicznością bardzo szybko zaprocentował, zwłaszcza w momentach, gdy Delson wykrzykiwał do fanów charakterystyczne dla Amerykanów: "Make some noice" (czyli "zróbcie hałas"). Odzew widowni był błyskawiczny.
W połowie koncertu pojawił się jeden z największych hitów Linkin Park, utwór "Numb", który kilka lat temu sprawił, że muzycy stali się jedną z najbardziej liczących się grup rockowych. Niedługo po nim formacja zagrała przebój "In The End", który zdaniem fanów jest jednym z najpiękniejszych utworów w całym dorobku Linkinów. Na finał koncertu muzycy pozostawili coś specjalnego. Doskonały i bardzo dynamiczny utwór "Saing". Na scenie przebywali niecałe półtorej godziny, ku rozczarowaniu fanów zeszli ze sceny i już na nią nie wrócili. Bisów nie było.
Po koncercie Linkin Park spotkali się z fanami. Spotkanie było bardzo krótkie, ale intensywne. Było na nim około 60 wcześniej wybranych fanów. Uśmiechnięci i wyluzowani muzycy siedzieli za stołem i rozdawali autografy, pozowali do zdjęć. - Oczywiście dla nas najbardziej emocjonującym momentem było przekazanie flagi, którą wręczyliśmy wokaliście Chesterowi. Wszyscy muzycy byli pod wrażeniem - mówił wczoraj Szymon Pieprzyk, szef LPZion, fanklubu Linkinów.
Pearl Jam łączy ludzi
Gdy tylko nadarza się okazja, zdejmują służbowe ciuchy, ubierają wygodne dżinsy, zakładają koszulkę i ruszają na koncert Pearl Jam, ich ukochanej kapeli. Czasem mają do przejechania kilkadziesiąt kilometrów, ale czasem muszą pokonać nawet ocean, by na dwie godziny znaleźć się w innym świecie, w którym słychać ducha grunge'u z Seattle. Zapominają o codziennym życiu, obowiązkach, szkole, pracy.
Wczoraj na chorzowski koncert Pearl Jam przyjechały 22 autokary ze zorganizowanymi wycieczkami fanów. Z całej Polski: Białegostoku, Lublina, Gdańska czy Poznania. - Jesteśmy wszyscy z Mrągowa. Żeby przyjechać do Chorzowa musieliśmy się urwać z lekcji - śmieją się Magda i Jacek Lewkowiczowie. - Jesteśmy nauczycielami w szkole. Aby zobaczyć naszą ulubioną grupę narzuciliśmy naszym uczniom większe tempo. Na szczęście mamy bardzo wyrozumiałych podopiecznych i nie protestowali gdy powiedzieliśmy, że wyjeżdżamy.
Wśród fanów wyróżniała się jedna grupa - egzotyczna na pierwszy rzut oka. Jak się okazało, byli to uczestnicy specjalnej wycieczki, która dzień wcześniej (12 czerwca) pojechała do Monachium, by zobaczyć Pearl Jam. Na pokładzie tego specjalnego autokaru znaleźli się obywatele 21 krajów.
- To autokar wypełniony zagorzałymi fanami Pearl Jam - mówi Marek Suberlak, przedstawiciel firmy, która zorganizowała przejazd. - Znaleźli się tutaj przedstawiciele całego świata. Jest Australijczyk, Argentyńczyk, ale także Amerykanie. To studenci, pracownicy różnych instytucji, których łączy jedno: wielka fascynacja zespołem i ich muzyką. Dla tej fascynacji są w stanie przejechać całą Europę, a niejednokrotnie cały świat. Nasza ekipa skrzyknęła się w ramach fanklubu i zdecydowała się przyjechać do Europy na kilka koncertów Pearl Jam. Skontaktowali się z nami, żeby pomóc im zorganizować taki przejazd - dodał.
Wielu fanów postanowiło stawić się na kilku koncertach Eddiego Veddera i spółki. Wśród tej grupy jest Omar Gallego z Hiszpanii. - Byliśmy na pięciu koncertach, między innymi w Madrycie, Wiedniu, Monachium i teraz jesteśmy w Chorzowie. Jechaliśmy tutaj 15 godzin. To bardzo męczące, ale warto było. Na końcu podróży zawsze czeka nas nagroda w postaci koncertu Pearl Jam. Słucham ich od 15 lat. Widziałem już wiele występów, a jednym z tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie, był koncert w katowickim Spodku siedem lat temu. Niesamowita atmosfera, która pokazała, jak silna jest więź pomiędzy zespołem a fanami - wspomina Omar.
Podobnego zdania był również Tyler Brown z Kanady. Żeby urządzić sobie muzyczną przejażdżkę po Europie w ślad za swoimi ulubieńcami musiał wziąć w pracy 3 tygodnie wolnego.
- Nie przeszkadza mi odległość, którą musiałem pokonać, żeby zobaczyć Pearl Jam na koncercie. Mogę bez przerwy oglądać ich występy, chyba nigdy mi się nie znudzą. To kapela, która potrafi grać bardzo niepowtarzalnie i za to ich cenię. Dla nich nie żałuję czasu i gdybym mógł, to sprezentowałbym sobie zdecydowanie dłuższe wakacje. Byłem już w Polsce, ale chciałem jeszcze raz tutaj trafić. Bo to kraj bardzo wrażliwych na muzykę ludzi - podkreśla.
Do Polski wybrał się również Carlos Diaz z Meksyku. Zaopatrzony w dużą narodową flagę ze swojego kraju paradował po całym Stadionie Śląskim. - Interesuje mnie polska kultura i zwyczaje Polaków. Chciałem je poznać przy okazji wizyty w waszym kraju. Choć oczywiście przede wszystkim przyjechałem dla Pearl Jam. To niesamowita kapela, która ma w sobie moc przyciągania ludzi. I nie jest ważne, gdzie grają... Zawsze jest ta sama atmosfera doskonałego koncertu, na którym spotykają się ludzie z całego świata - mówił wczoraj tuż przed koncertem Carlos.
W czym tkwi fenomen Pearl Jam, że ludzie jeżdżą za nim po całym świecie, niezależnie od stanu posiadanego konta, wolnego czasu, czy zobowiązań służbowych?
- Pearl Jam dla tych ludzi jest jak Biblia. Jest to taka grupa ludzi, która przełamując wszelkie konwencje i chwyty marketingowe innych zespołów, działa na serca i umysły. Daje taką muzykę, jaką chcą usłyszeć od czasu Nirvany. Prostą, nieskomplikowaną i zawierającą w sobie wiele różnych składników. A poza tym łączy ludzi. Co widać po tych, którzy zdecydowali się przyjechać do Chorzowa - podsumował Marek Suberlak.
Pearl Jam - to muzyka, nie show
Będzie "State of Love and Trust", "Black" albo "Rearviewmirror"? A może zagrają więcej niż trzy kawałki (jak na poprzednich koncertach tej trasy) z nowej płyty? Takie pytania zadawali sobie fani przed koncertem. Jednego wszyscy byli natomiast pewni - liczyć się będzie muzyka, a nie jakaś przesadna gra świateł, efektów specjalnych, elementów scenografii. Bo Pearl Jam to muzyka, nie show.
Czy to złudzenie, że przy wyznawcach Linkin Park, fani Pearl Jam wyglądali na znacznie starszych? No tak, w końcu debiuty obu zespołów dzieli dekada. Ale nawet ci starsi nie kryli dziecięcego uwielbienia dla swoich idoli. Już na długo przed pojawieniem się Eddiego Veddera g i jego kumpli na scenie, w tłumie powiewały flagi z napisami, które można streścić w czterech słowach: "Kochamy, dziękujemy, chcemy jeszcze". W tłumie widać było wielu fanów Pearl Jam, którzy poprzez napisy na specjalnych koszulkach dziękowali zespołowi za przyjazd. To ci sami, którzy rok temu zorganizowali w Pradze akcję "Zapomnieliście o Polsce" (wtedy Pearl Jam nie zagrał w Polsce).
Wreszcie wyszli. Eddie z brodą. Oszalał? - zdawały się pytać fanki, które kochają Eddiego nie tylko za głos. Ale gdy zaśpiewał, broda przestała mieć znaczenie.
Obok Jeff Ament jak zwykle w dobrej formie (nie tylko artystycznej) i trochę zblazowani (wydawałoby się) Stone Gossard i Mike McCready. Ale nie, to nie żadne fochy - wkrótce zaczynają się dobrze bawić. Stadion - a w każdym razie tłum na płycie - szaleje od początku.
Ach, jakby było pięknie, gdyby zabrzmiało "Animal"... I jest! "One, two, three, four, five, against one..." - Eddie już słyszy, że na tym stadionie nie tylko on śpiewa. Wraz z pierwszymi taktami kolejnych numerów nikt już nie czeka na "swoje" kawałki, tylko bawi się w rytm tych, które słyszy. Bo przecież Pearl Jam to same perełki.
Eddie z kartki stara się mówić po polsku: "Dziękuję!" - krzyczy, po czym ciepło wspomina koncert sprzed siedmiu lat w katowickim Spodku.
Przy "Elderly Woman..." co najmniej setka ludzi, których obejmuję wzrokiem, zawodzi przejmująco pierwsze słowa numeru "... I seem to recognize your face...". I już wiadomo, że Pearl Jam porywa wszystkich w fantastyczną muzyczną podróż.
Ci najstarsi fani czekają na numery z pierwszej, chyba najwybitniejszej płyty Pearl Jam "Ten". Czy to możliwe, że wydano ją ponad 15 lat temu? Przecież na stadionie wszystko jest takie świeże, dynamiczne, nowe.
"Even Flow" - hymn początku lat 90. brzmi doskonale, znów cały stadion płynie gdzieś niesiony rykiem wydobywającym się z tysięcy gardeł. Wspaniale zabrzmiał również "Given To Fly".
Czy to możliwe, że już koniec? Nie, przecież jeszcze nie było lirycznego "Yellow Ledbetter" - a fani wiedzą, że tak właśnie kończą się koncerty Pearl Jam. Bisy. Zespół nie może zejść, na stadionie histeria. Ale światła, które rozbłyskują, mówią jedno: koniec. Zespół gra niemal każdego dnia, przyjechali do nas z Monachium, a już w piątek grają w Wenecji. Nie ma mowy o wydłużaniu występów w nieskończoność.
Ola Szatan, Agata Pustułka , Marek Twaróg
Artykuł jest z lekka przesadzony i ubarwiony, ale nie ma co się dziwić - ostatnimi czasy DZ swoją wartością merytoryczną przypomina Fakt.
_________________ "Życie jest zbyt krótkie, by było małe."
Przed stadionem tłumy. Jedni leżą na trawie szukając cienia pod drzewami, inni od razu gdy to możliwe wchodzą na stadion. Są tu ludzie m.in. z Polski, Czech, Słowacji i Węgier (w tym roku Pearl Jam, główna gwiazda wieczoru gra w Europie tylko 6 własnych koncertów). Przy wejściu na stadion miła niespodzianka: nie trzeba już wyrzucać plastikowych butelek z napojami, wystarczy pozbyć się zakrętek. Dzięki temu nie trzeba płacić 4 zł za 0,5 litra wody mineralnej. Żadnych rozterek nie budzi za to cena piwa. - Jesteśmy w raju! Pięć złotych! - krzyczą do siebie nastoletni fani i ustawiają się w kolejce przed namiotem piwnym.
Hrnec, Miro, Dadka i Zerty przyjechali z Bratysławy 17-osobową grupą, wynajętym autobusem. Rzucają się w oczy, bo mają takie same czerwone koszulki z logiem Pearl Jam. - Wydrukowano je nam na zamówienie. Tylko 10 osób na całym świecie ma takie - mówią z dumą i opowiadają jeden przez drugiego: - Pearl Jam nigdy nie byli na Słowacji. W tamtym roku widzieliśmy ich w Wiedniu, teraz jesteśmy tutaj. Przyjechaliśmy rano w nocy wracamy.
Wszyscy studiują. Mają po 24-25 lat. Pearl Jam słuchają od 15.
Fanem Pearl Jam, "od zawsze" jest też Bartek Woźniczko, wokalista mysłowickiej grupy Gutierez. Środa była dla niego dniem spełnionych marzeń. Przed tygodniem jego zespół wygrał interentowy konkurs na support środowego koncertu. Na scenę wyszli o godz. 17, ale już wtedy było pod nią kilka tysięcy osób. Dali dobry energetyczny koncert - podobnie jak drugi polski support, zespół Coma. Mimo, że muzyki nie było prawie słychać. Prawdziwe nagłośnienie dla prawdziwych gwiazd włączono później.
Linkin Park pochwalił kunszt Pearl Jam
Linkin Park wszedł na scenę o godz. 19.20. Dźwięk nie od razu był idealny, ale energia udzieliła się wszystkim. Zespół zagrał ponad godzinę. Były wielkie hity jak Somewhere I belong, Breaking the habit, In the end. Spodobało się, gdy Chester Bennigton wokalista Linkin Park pochwalił kunszt Pearl Jam i przyznał że dorastał przy ich muzyce, mówiąc że ten zespół jest tam gdzie jego grupa za kilka lat chciałaby być.
Pearl Jam bawi się na scenie
Pearl Jam zaczęli po godz. 21.30. Na pierwszy ogień poszły "Rearviewmirror" i "Animal" z płyty "Vs". Zaraz potem wokalista Eddie Vedder łamaną polszczyzną powiedział: "Dobrze, że jesteście tu z nami", a zespół zagrał "Hail Hail". Pearl Jam gra rock'n'rolla - muzykę żywą i otwartą, która zmienia się przy każdym wykonaniu. Muzycy bawią się na scenie. Pod tym względem przypominają kapele z lat 60. amerykańskiego południa. Czerpią z bluesa, rocka i country, w każdym z tych stylów zachowując własną twarz. Kulminacyjny moment występu nastąpił, gdy Vedder przypomniał koncerty, które zagrał z Pearl Jam w katowickim Spodku w czerwcu 2000 r. Na pierwszy wyprzedano wtedy bilety w rekordowym czasie i błyskawicznie zorganizowano występ w tym samym miejscu na drugi dzień. Vedder nazwał go najbardziej niezapomnianym w całej historii zespołu. - Tym razem chcieliśmy znaleźć miejsce, które pomieści was wszystkich - powiedział, po czym usłyszeliśmy utwór "Elderly woman behind the counter in a small town". Były piosenki z ostatniej płyty, ale przeważały stare utwory.
Największy entuzjazm wzbudziły oczywiście hity z rewelacyjnej debiutanckiej płyty Ten, jak "Jeremy" i "Even Flow" (z solówkami na gitarze i perkusji oraz chóralnie odśpiewanym refrenem).
Vedder zachęcał do wspólnego śpiewania: - Jesteśmy przyjaciółmi, zróbmy to razem - powiedział i zaintonował utwór Nothingman. Dzięki takim zespołom jak Pearl Jam rockowe koncerty wciąż wytwarzają poczucie wspólnoty, nie tylko pomiędzy fanami a zespołem.
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
[ Dodano: 2007-06-14, 17:13 ]
moze nie z prasy, ale jednak.
na stronie tvn24 jest filmik z fragmentem Corduroya.
w teleekspresie powiedzieli, że dominowały utwory z ostatniej płyty i że zagrali Alive
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum