Grunge Forum
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Zaloguj  Download Nasze loga

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: swapper
2007-07-25, 21:01
Nevermind

Ulubiona piosenka to:
Smells like teen spirit
8%
 8%  [ 25 ]
In bloom
9%
 9%  [ 28 ]
Come as you are
11%
 11%  [ 33 ]
Breed
6%
 6%  [ 18 ]
Lithium
10%
 10%  [ 31 ]
Polly
7%
 7%  [ 21 ]
Territorial pissings
7%
 7%  [ 21 ]
Drain you
9%
 9%  [ 27 ]
Lounge act
8%
 8%  [ 25 ]
Stay away
6%
 6%  [ 19 ]
On a plain
6%
 6%  [ 18 ]
Something in the way
9%
 9%  [ 29 ]
Głosowań: 71
Wszystkich Głosów: 295

Autor Wiadomość
Mariusz 
skin and bones



Dołączył: 11 Sty 2008
Skąd: Kentucky- Kanzas
Wysłany: 2008-05-15, 22:51   

Dobry album, legenda, chociaż przesączony przez media, osłuchany wiele razy. Rzadko do niego wracam, choć szanuję jako najważniejszą pozycję całej sceny grup grunge'owych z Seattle.
 
 
Marianne 


Dołączyła: 31 Gru 2007
Wysłany: 2008-05-16, 10:33   

U mnie w pokoju Nevermind stoi na honorowym miejscu. Na biurku, tak, by rzucała się w oczy. Specjalnie ;] Nie dlatego, że jest moją ulubioną. Chociaz tez ją do tej pory uwielbiam. Dlatego, bo jest najbardziej rozpoznawalna z wszystkich płyt Nirvany. W ogóle jest rozpoznawalna. I o to chodzi ;] Nie wstydze sie pokazac, ze do tej pory słucham Smellsa, bo to jest hymn lat 90tych! A jak sie komus nie podoba, to znaczy ze ma kiepski gust ;]
Samą płyte odłsuchuje wiele razy. Mimo, ze bas kiepsko słychac. B. dobra płyta.
 
 
JAMik 
Poligon nr. 4



Dołączył: 16 Cze 2006
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2008-05-17, 03:21   

Po filmie do jakiego był link zadziwiło mnie,że z przed 17 lat zachowały sie ślady tracków.To za 20-30 lat umożliwy remastera pożadnego,bo narazie to płyta daje radę mimo upływu czasu.

Zadziwiające jest też to,jak Nirvanę "oszukali" przy nagraniach.Te dodatkowe tracki,ukrywanie śladu "grunge" przez cp dość gładko brzmi ta produkcja.Ciekawe ile mieli do gadania na ile popowe zapędy Cobaina się z tym zgodziły.

Dla mnie zawsze Nevermind zostanie zagadką pt: "Na ile kapela NAPRAWDĘ chciała by to brzmiało tak a nie innaczej".Wiem,że Cobain mówił w wywiadach,ale mówił wiele rzeczy, nie zawsze prawdziwych.Pewnie nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie ;-)
_________________
KULT: Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,, PEARL JAM: Matt Cameron,Eddie Vedder,
Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready
Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA: Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain
Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS: Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
 
 
BlueGold 
xD



Dołączył: 22 Lut 2008
Skąd: podlaskie
Wysłany: 2008-06-02, 16:00   

Nie wiem jak wy, ale ja odnoszę wrażenie, że ta płyta po prostu nie powinna być nazywana grunge'ową ;/ Według mnie jeżeli na siłę uogólniać styl grunge'owy to jest to hard rock/ lekki metal. A "Nevermind" zdecydowanie podpada pod punk. Pewnie się nie znam, albo mówie to co wszyscy wiedzą, ale do takiego doszedłem wniosku :-)
_________________
"Mówi się, że nie można żyć bez miłości. Osobiście uważam, że ważniejszy jest tlen."
Dr. Gregory House
 
 
 
Marianne 


Dołączyła: 31 Gru 2007
Wysłany: 2008-06-02, 16:34   

A ja jak zawsze porównuje plyte, znaczy sie zastanaiwam sie czy jakas jest grunge'owa to czesto ja porównuje własnie do Nevermind. Dla mnie punk 100% to to nie jest, hard rock kojarze z Black Sabbath wiec tez bym tego nie podpiela pod hard rock a juz napewno nie pod metal :shock: Dla mnie Nevermind to plyta alternatywna, nie tak jak In Utero ale alternatywna. Grunge'owa ;] No bo Breed, Lithium, In Bloom wyzwalają z Ciebie energie, demona :P
 
 
jordi


Dołączył: 08 Sty 2007
Wysłany: 2008-06-02, 18:24   

BlueGold napisał/a:
ta płyta po prostu nie powinna być nazywana grunge'ową

zdefiniuj brzmienie grunge, znajdź na to argumenty i przykłady

Marianne napisał/a:
A ja jak zawsze porównuje plyte, znaczy sie zastanaiwam sie czy jakas jest grunge'owa to czesto ja porównuje własnie do Nevermind

Nevermind narzuciło reguły gry, dlatego od Nirvany zaczyna się wyliczanka zespołów i dyskografii grunge, cos już było niby ale to Nirvana wybuchła podkładając ładunek z Nevermind, wtedy cofnięto się w latach szukając genezy grunge
 
 
Pajdak 


Dołączył: 04 Lip 2008
Wysłany: 2008-07-04, 10:21   

Ta płyta to kamień milowy w muzyce rockowej. Nikomu chyba się nie uda powtórzyć takiego sukcesu jak Nirvanie. Kawał dobrej muzyki, ale za dobrze już ją znam :)
_________________
Jedyny podmiot zdarzeń - ja!
 
 
 
marlo 



Dołączył: 01 Kwi 2008
Skąd: Poznań/Szczecin
Wysłany: 2008-08-11, 13:14   

Artykuł o nastolatku z okładki Nevermind: link
Szcególnie rozbawiły mnie słowa: Quite a few people in the world have seen my penis (...) So that's kinda cool
_________________
Optymista wierzy, że żyjemy w najlepszym ze światów. Pesymista obawia się, że może to być prawdą.
 
 
 
Stryjq 
Autsajder



Dołączył: 27 Lip 2008
Wysłany: 2008-08-12, 17:25   

Utwory z tej płyty są świetne, niektóre spontaniczne, inne zaś spokojne, rytmiczne. Mimo tego, że przesłychałem już je kilkadziesiąt razy;) nadal pociągają mnie, i wielokrotnie wracam do nich.
_________________
whatever....
 
 
lukaszo 



Dołączył: 19 Sie 2008
Skąd: darlowo
Wysłany: 2008-08-27, 17:09   

Po In Utero moje ulubiona płyta nirvany,to od n iej zaczełem swoją przygode z grandżem i mam do niej wielki sentyment.Jak dostałem te płytke to przez pól roku nie słuchałem niczego innego,katowałem ją po 3 razy dziennie :-P .Album świetnie brzmi,broni sie do dzisaj.Teraz nie słucham jej za często,ale zawsze bede do niegowracał z wielką przyjemnoscią
 
 
 
JAMik 
Poligon nr. 4



Dołączył: 16 Cze 2006
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-03-04, 17:17   

Ktoś kiedyś w tym wątku mówił o zmienionym wokalu Cobaina rozmaitymi efektami,tym samym zniekształceniem jego głosu.Poniżej możecie Sobie to sprawdzić.Podpowiem od razu,że niektóre są zmiksowane do końca a niektóre tylko w części.

In bloom



On a plain



Polly



Breed



Lounge act



Drain you



Territorial pissings



Something in the way



Stay away





ps. Można to potraktować jako suplement do DVD z Nevermindu ;-)
_________________
KULT: Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,, PEARL JAM: Matt Cameron,Eddie Vedder,
Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready
Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA: Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain
Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS: Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
 
 
Nirvanafun 


Dołączył: 22 Lut 2009
Wysłany: 2009-03-17, 12:28   

Smells like teen spirit tylko 7% lekkie zaskoczenie ja tam ją lubię.
W końcówke nie mogłem zrozumieć słów, ale jako chyba jedna z nielicznych piosenek która takim niezrozumiałym tekstem się zarabiście sprzedała w tym jej urok.
 
 
JAMik 
Poligon nr. 4



Dołączył: 16 Cze 2006
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-04-15, 15:32   

Wygrzebane: Artykuł i wywiad apropo Neverminda

Warto przeczytać oba teksty,bo np: osobiscie się dowiedziałem z tego kilku ciekawych rzeczy ;-)

Nevermind has attained classic status. It is one of those rare albums that will accompany its original fans on their journey through life, while continuing to attract new generations of listeners. If Nevermind doesn't seem like an old rec ord, it's partly because over the past five years, the rock scene has been entirely remade in its image. But the world into which Nevermind was born is one that a present-day rock teen would hardly recognize. Alternative rock and heavy metal were still ve ry distinct, mutually hostile genres in 1991. Nirvana invaded both these camps, converting troops from both sides to the New Flannel Army. The trio from the rugged Northwest impacted the world of mainstream pop as well, knocking Michael Jackson from his perch atop the charts. In doing so, they paved the way for "alternative mainstream" success stories like Pearl Jam, Alanis Morissette, Bush, Stone Temple Pilots and Rage Against the Machine.

Like Frampton Comes Alive (A&M, 1975) or Meet the Beatles (Capitol, 1964), Nevermind is one of those records that become incredibly huge in a way no one could have predicted or can ever quite explain. Its explosion into the mass culture firmament surprise of Kurt Cobain, Chris Novoselic and Dave Grohl just as much as it did anyone else.

"You want to know why we've taken off?" Grohl told Circus magazine in 1991. "We have no idea. We had no idea it would ever get this insane." In Cobain's case, the surprise was not exactly a happy one. "I'm constantly feeling guilty in ways," he told journalist Michael Deeds shortly after Nevermind's release. "Our music, especially on this album, is so slick-sounding. A few years ago, I would have hated our band, to tell you the truth." Nevermind represented a quantum leap for Nirvana, both musically and career-wise. Their previous album, Bleach, was recorded in three days and cost $606.17 to make. Nevermind cost $120,000 which was twice its original budget. And while Bleach, which was N irvana's debut album, came out on the then-little-known indie label Sub Pop, Nevermind had the major-label clout of Geffen Records behind it.

The two-year period that separates Bleach from Nevermind was a time of tremendous growth and upheaval for the band. They went on their first national and international tours. Cobain started up and broke off a relationship with Tobi Vail of the band Bikini Kill. And Nirvana went through several personnel shifts. Guitarist Jason Everman, who joined shortly after Bleach, exited the band nearly as quickly as he'd come aboard, once it became clear that his tastes were more hard rock/metal than his bandmates'. He later joined Soundgarden. Chad Channing, who played drums on Bleach, left the band. Nirvana's original drummer, Dale Crover, filled in for a seven-date West coast tour. Dan Peters of Mudhoney played drums on a Nirvana single called "Sliver" and did one gig with them, before Dave Grohl finally settled into place as the group's permanent drummer.

The frequent personnel shifts and extensive touring honed the band's songwriting, as such experiences often do. The process also seems to have sharpened the band's pop sensibilities, which are in far greater evidence on Nevermind than on the sludge-guitar heavy Bleach. But Nirvana biographer Michael Azerrad has suggested that those same pop sensibilities existed all along, and that Cobain deliberately suppressed them on Bleach in an effort to conform with Sub Pop's retro Seventies metal agenda of that time. "Half of the songs on Nevermind were written at the time of Bleach, but didn't make it onto the album," Cobain told journalist Roy Trakin. "So there really isn't an obvious change. We've always been fans of pop music." A major milestone along the road to Nevermind came in April, 1990, when Nirvana began recording with producer Butch Vig at Smart Studios, his recording facility in Madison, Wisconsin. Now perhaps best known as the leader of the band Garbage, Vig was then an up-and-coming indie producer with well-regarded records by the Laughing Hyenas, Smashing Pumpkins, Firetown, Tad and Killdozer, among others, to his credit. In the week Nirvana spent at Smart, they recorded six songs that would later turn up on Nevermind: "In Bloom," "Dive," "Lithium," "Breed" (originally titled "Imodium"), "Stay Away" (originally titled "Pay to Play") and "Polly." They also made an unsuccessful stab at another tune, "Sappy," which they'd attempted to record at an earlier date, also with unsatisfactory results.

The Smart sessions were originally intended for release as Nirvana's second album on Sub Pop. But a series of events led the band to change its plans. First, Channing left Nirvana in May of 1990. And then the prospect of major-label interest started to be come more than an idle rumor.

"We lost Chad and there was uncertainty with that," Novoselic told a radio interviewer in Australia. "We didn't want to release [the Smart sessions]. If we did anything, we wanted it to be with a new drummer. [Also] Sub Pop was doing some wheeling and dealing. They were going to sign a licensing deal with a big label and that kinda scared us. There were so many variables to consider; it wasn't wise to put out a record at all."

"Polly" is the only song on Nevermind that was recorded at Smart; all the other tracks were re-recorded (although the final versions are said to be very similar to those laid down at Smart). As for "Polly," the band and producer realized there was something special in Cobain's solo acoustic performance of this disquieting rape scenario, which was based on an actual newspaper account he'd read. The dramatic twist was that the very anti-violence, pro-woman Cobain sang the song from the attacker's point of view.

"Just because I say 'I' in a song doesn't necessarily mean it's me," Kurt later commented. "A lot of people have a problem with that. It's just the way I write, usually-taking on someone else's personality or character. I'd rather just use someone else's example, because, I dunno, my life is kinda boring. So I take stories from television, and things I've read and heard.

"'Polly' was done with a really cheap acoustic five-string guitar that Kurt had," recalls Vig. "It had this plunky sound. The original strings were still on it. He never changed them, and he never tuned the guitar either. It was down about a step and a ha lf from E."

Earlier on, Nirvana had attempted to record a full-band electric version of "Polly" for their Blew EP. The acoustic performance on Nevermind is no doubt closer in spirit to the song as it sounded when Cobain first wrote it. It also sheds light on the dynamic between Cobain as a songwriter and the rest of the group as interpreters of his material.

"It [songwriting] is usually done on an acoustic guitar, sitting around in my underwear, just picking out riffs, pieces of songs," Cobain said on Australian radio. "Chris and Dave have a big part in deciding on how long a song should be and how many parts it should have. So I don't like to be considered the sole songwriter. But I do come up with the basics of it. I come up with the singing style and I write the lyrics, usually minutes before we record."

Grohl became a member of Nirvana in September of 1990, joining them from the Washington D.C. hardcore band Scream. His muscular yet agile drumming took Nirvana's power-trio sound to a new plateau. Grohl's arrival also sparked a fresh burst of group songwriting. In a Tacoma, Washington, rehearsal space that they shared with a local bar band, Nirvana embarked on a regimen of daily, 15-hour band practices for a period of four or five months.

"We came up with so much stuff where we'd go, 'God, this is the best thing we've ever done!' Then we'd forget how to play it," Grohl told Circus magazine? "So many songs got thrown away, until we finally said, 'Maybe we should start recording them on a cassette.' So we'd record them, then lose the cassette."

Two songs that didn't get away were "Smells Like Teen Spirit" and "Come as You Are," tunes that would prove to be cornerstone tracks of Nevermind. The attention-grabbing title of "Teen Spirit" was born on a typically relaxed evening at the Cobain residence, as Kurt explained to Australian radio listeners:

"A friend of mine and I were goofing around my house one night. We were kinda drunk, and we were writing graffiti all over the walls of my house. And she wrote, 'Kurt smells like Teen Spirit.' Earlier on, we'd been having this discussion about teen revolu tion and stuff like that. And I took [what she wrote] as a compliment. I thought she was saying that I was a person who could inspire. I just thought it was a nice little title. And it turns out she just meant that I smelled like that deodorant [called Te en Spirit]. I didn't even know that deodorant existed until after the song was written."

Geffen Records had been taking an active interest in Nirvana since April of 1990, when Gary Gersh-then an A&R man for Geffen and currently head of Capitol Records-saw the band play at the Pyramid Club in New York. Gersh had been brought to the show by Kim Gordon and Thurston Moore of Sonic Youth. This set in motion a chain of events that would lead to Nirvana's signing with Geffen. The deal was formally consummated on April 30 of 1991. In May, the band arrived in Los Angeles to begin recording what would become Nevermind. According to Come As You Are (Doubleday, 1994), Michael Azerrad's Nirvana biography, it was at the suggestion of Gary Gersh that the band re-recorded their six Smart session tracks for Nevermind. But it was Nirvana's own call to use Vig as a producer. The y chose him over several bigger-name producers, including Scott Litt, Don Dixon and David Briggs. Apparently, Vig's work on the Smart sessions had impressed the band.

"Butch was easy to work with," Novoselic told Australian radio. "Laid back and really attentive to what's going on. He works hard but he doesn't work the band hard."

Vig says that the band, glad to be in sunny Los Angeles, were generally in good spirits for the Nevermind sessions: "Kurt was enjoying himself when we made that record. That was before they got really big, and they had kind of a casual attitude toward making the record. There wasn't a lot of pressure-I felt more pressure making that record than they did. 'Cause it was really the first major-label record I had made."

With an initial budget of $65,000, the band could certainly take a more leisurely approach than they'd taken with Bleach. They began with three days of pre-production, running down the tunes with Butch Vig in a North Hollywood rehearsal hall. One of the first things Vig noticed is the huge impact Grohl's arrival had made on the band's sound:

"Kurt had called me up and said, 'I've got the best drummer in the world!' I thought, 'Yeah, right. I've heard that one before.' But the first time we went in that rehearsal space and started running through the songs, it was just amazing. Dave was incredibly powerful and dead on the groove. I could tell from the way Kurt and Chris were playing with him that they had definitely kicked their music up another notch, in terms of intensity."

The pre-production chores were fairly light; Nirvana had already recorded half the material with Vig once before. And they were well-rehearsed on most of the newer tunes. "Frankly, I didn't want to beat the songs into the ground," says Vig. "I just wanted to hear the arrangements and maybe tighten things up a little bit."

Vig had already heard a rough rehearsal cassette of "Teen Spirit" but he was knocked out the first time he heard Nirvana play it live in the rehearsal room: "I kept having them play it over and over again, because it was so f---ing good! I was literally pacing around the room, saying to myself, 'This is amazing!' There wasn't much that needed to be done with the song. I think we did a little arranging. At the end of each chorus, there's a little ad lib thing Kurt did with the guitar. Originally that only happened at the end of the song; he did it a whole bunch of times. I suggested moving that up in to each chorus and cutting the choruses down a little bit. Just some minor tweaking of the arrangements."

From there, the band moved over to Sound City Studios in nearby Van Nuys. A funky old place in a poor, largely Hispanic part of the San Fernando Valley, Sound City has a good classic rock and metal track record (Fleetwood Mac, Foreigner, Petty, Dio, Crazy Horse, Ratt). Most importantly, the studio has what Vig and the band felt they needed in order to get the primal rock sound they were after: a large recording room and a vintage Neve console: "At that point, I'd never done any work in Los Angeles," says Vig. "But I knew that was where the band wanted to work, and I knew of Sound City's reputation. I worked out a deal so it was cost-effective for us to go there. It was sight unseen. We just booked it and went in."

On a typical day, says Vig, "we'd be in the studio by around noon or one and we'd leave around midnight or one in the morning." The band set up in Sound City's large room, Studio A, to record basic tracks. "When we cut basics, it went pretty fast," Vigre calls. "I think it took five or six days in all. Dave was set up in the middle of the room. We built a big drum tunnel on the front of his bass drum, so we could mike it from a distance and still isolate it from all the bleed in the rest of the room. Chri s had his SVT bass rig off to the side, but he could play in the room. His headphones were set up next to the drums. Kurt's amps were in a little isolation area, but he was also in the room and he could sing into a mike. We'd start running a song down and they'd usually get the basic track in two or three takes. If there was a missed chord or a bad bass note, we'd go back and punch in [the correct notes] right away. "'Territorial Pissings' was basically a first take. 'Lithium' was a little harder. That was the only track we used a click track on at the start of the song. Because, for whatever reason, the band kept speeding up really fast. We decided that we wanted to keep it at a real even tempo. Dave had never played with a click track before, but it was not a problem for him at all. After three or four takes with the click, we nailed it.

"After the first couple of takes of 'Territorial Pissings,' that's when they did that song, 'Endless Nameless' [the surprise noise track that kicks in 13 minutes and 51 seconds after the end of the album's ostensible final song, 'Something in the Way']. Kurt got really frustrated because the song kept speeding up and they were just not playing particularly tight. And he launched into that bonus track on the CD and just totally went off. In the middle of the song, he smashed his guitar to bits. So we spent the better part of the rest of that day driving around Los Angeles trying to find a left-handed replacement guitar."

Another problematic track was "Something in the Way": "They originally wanted to cut it as a full-on band," Vig explains. "But that proved difficult to record. It just was not happening. Kurt was not very happy. Finally he came over to me and said, 'It needs to sound like this. . .' And he picked up his old five-string acoustic guitar. [The same one used on 'Polly'.] He sat on the couch in the control room and started to sing and play."

Realizing he was on to what could be a master take, Vig quickly set up some microphones: "I turned off the air conditioner and everything else and had the phones shut off. He was playing and singing so quietly. But we got it down on tape. Later on, we overdubbed drums and Kurt added some harmonies. But it was all built around the acoustic track."

Vig remembers Cobain as someone who was generally willing to let others share in his creative processes: "He was pretty open to all sorts of ideas. He had different lyrics he would bring in and show me. And he'd say, 'I got a couple of melodies here. Which one do you like better?' And he'd sing the song in a couple of different versions and I'd give him some feedback on it." After basic tracks were completed, Nirvana moved over to Sound City's other, smaller room, Studio B, for overdubs: "We started adding the second rhythm guitar to songs," says Vig, "and Kurt started working some more on his vocals. Dave did some harmonies. "

Lead vocal sessions were generally done in a one-on-one setting, with just Cobain and the producer present. The vocal mike was set up in the main studio area, "but it was basically like a lounge area," says Vig. "There were candles in there, and a big rug on the floor. A pretty cool vibe. Dave and Chris were around, but they'd be off playing pool or watching TV. They'd pop in to the control room and listen every now and then, but Kurt kind of wanted to be left alone when he was doing his vocals. He also didn't really like to use headphones when he sang, so we set up a fairly elaborate system where he could use speakers."

Cobain's legendary impatience with multiple takes came to the fore at this time. "He really wanted to do everything on the first or second take," says Vig. "He'd do a couple of takes and say, 'That's it. I'm not gonna do it anymore.' The tricky part was trying to figure out how to motivate him to give really good performances. Sometimes his first or second takes were brilliant, but sometimes they needed work. They needed to be more focused. What I ended up doing was recording everything he sang, even the warmups. A lot of times, I'd actually be going for a first take, but he would think it was just a warmup. Then I'd have the engineer flip to a new track and I'd tell Kurt, 'Okay, you're ready for your first take.' If I was lucky, I could get as many as four takes out of him. Then I'd take the best pieces of each one and make a master out of it." Cobain's painful stomach condition would sometimes bring sessions to a halt, Vig remembers: "He was very sensitive to certain foods. Sometimes we'd eat dinner and he'd get sick half an hour later and end up spending 45 minutes in the bathroom. He was constantly taking Pepto Bismol and things to relieve some of his pain."

But for all that, the mood in the studio was generally upbeat. "Kurt and Chris were really happy that Dave had joined the band," says Vig. "They were in L.A., they'd just signed a record deal with Geffen, they had a bit of cash, so they'd go out and do a little partying. I know they used to go down to Venice and stay up all night. After we'd finish working in the studio at midnight or one, they'd go and stay out till the sun came up. So sometimes I'd get to the studio at one and they wouldn't show up till three 'cause they'd slept in. But basically, they showed up when they needed to show up. There was not any real serious partying going on in the studio. They were there to work.

"A couple of times I went to pick them up at the Oakwood Apartments and they had definitely turned their place into a bachelor pad. There were cans of food lying open everywhere and clothes thrown all over the place and acoustic guitars lying around the room. I know they were getting a big kick out of staying there because the band Europe was staying next to them. That was the band that had a big hit with "The Final Countdown." The guys in Europe would all go sit out with their girlfriends by the pool everyday. And I remember Chris and Dave and Kurt making fun of them. They were not big Europe fans."

Working at Sound City at the same time as Nirvana were the Sidewinders, an Arizona band that Vig had recorded who were now working with David Briggs (whom, embarrassingly enough, Nirvana had rejected as a producer for Nevermind). Vig recalls that the guys in the Sidewinders "kept coming by and asking, 'Wow, can you play us some stuff that Nirvana's doing?' That was the first sense I got that there were people out there who were really totally obsessed with Nirvana."

The band reached the end of the 16 days they'd booked at Sound City before they'd finished overdubbing. They booked an additional four or five days at Devonshire Studios in nearby Burbank to complete them. One of the very last overdubs to be completed was the cello part on "Something in the Way," the track that had given them difficulties all along. The cello part was played by Kirk Panning.

"That song really wasn't even written until a week before we went into the studio," Cobain told Australian radio. "I knew I wanted cello on it, but after all the music was recorded for it, we'd kinda forgotten about putting a cello on. We had one more day in the studio and we decided, 'Oh geez, we should hire a cellist, you know, and put something in.' We were at a party and were asking some of our friends if they knew anyone who could play cello, and it just happened that one of our best friends in L.A. is a cellist. So we took him into the studio on the last day and said, 'Here, play something.' And he came up with a part right away. It just fell in like dominoes."

From a technical standpoint, however, it wasn't all that easy. "Kirk is a good cello player," says Butch Vig, "but we had a hard time getting his instrument in tune with Kurt's guitar. That old five-string acoustic of Kurt's was tuned down a few steps and wasn't really tuned to any standard pitch. I remember I fretted over the whole track. It was tricky getting Chris's bass in tune with the guitar, too. You couldn't use any kind of a standard tuner."

While at Devonshire, Vig and the band also took a first stab at mixing the record. "I mixed three or four tracks with the band," says the producer, "but none of us were very happy with how they came out. To me, they sounded too rough. Kurt would say, 'Tak e all the high end off the guitars.' And I would say, 'I don't want them to sound muddy.' There was also a tendency to bury the vocals more. The mixes sounded more punk rock that way, but the songs didn't sound as focused to me."

So they decided to call in someone else to mix the album. Geffen's Gary Gersh sent over a list of possible names. "Scott Litt was on top of the list," Vig recalls, "but Kurt said, 'No, I don't want to sound like R.E.M.' Ed Stasium was also on the list. To which Kurt said, 'No, I don't want to sound like the Smithereens.' He went all the way to the bottom of the list and Andy Wallace was there. It said 'Slayer' next to his name. And Kurt said, 'Get this guy.' The mixes were done at Scream, another San Fernando Valley studio. Basically, I'd let Andy go over the tracks by himself for a few hours," Vig recalls. "When he got everything up, he'd call me in, and I'd bring in the band and we would nitpick stuff. Basically, we mixed a song or two a day. The whole record took nine or 10 days to mix."

Despite the fact that Wallace was Cobain's own choice, and that the band participated in the mixing process, Cobain would later complain to the press that Wallace's mixes made Nevermind sound too slick, and that it was "closer to Motley Crue than a punk rock record."

"But I think part of that was just Kurt's reaction to having Nevermind be so successful," Vig speculates. "If it had only sold 50,000 copies, he probably wouldn't have had any comments on whether it was too slick or not slick enough."

By the time the finished masters were handed to the label, the band had spent $130,000 which, despite being twice their initial budget, is still a relatively small amount to spend on a multi-platinum album. With the music out of the way, attention turned to the cover art:

"One day Dave and I were sitting around watching a documentary on babies being born under water," said Cobain in the Australian radio interview. "I thought that was a really neat image, so we decided, 'Let's put that on the album cover.' Then when we got back a picture of a baby underwater, I thought it would look nice [to add] a fish hook with a dollar bill on it. And so an image was born."

The back cover of Nevermind features a photograph by Cobain taken some years earlier, with a background comprised of a collage he made from photos of raw meat, vaginas (according to some accounts) and figures from a painting of Dante's Inferno. In the foreground is Chim Chim, his toy monkey who'd appeared in earlier Nirvana artwork.

"I was in a bohemian photography stage, you know?," Cobain later said. "If you look real close, there's also a picture of Kiss, in the back, standing on a slab of beef."

Nevermind was released on September 24, 1991. Like all rock albums, it is a document of the artists' world at the time the record was made. This momentous recording happened to catch Nirvana at a high point: in the midst of a creative groundswell, somewhere between obscurity and superstardom.

"We're experiencing the typical independent-band-going-onto-a-major-label-punk-rock-crisis," Cobain said in 1991, shortly after Nevermind was released. But he also acknowledged the existence of something more important than passing musical fashions and fickle perceptions of "credibility" and "authenticity." On a level beyond all that, he appeared to realize that the songs on Nevermind could stand the test of time:

"People have opened up to an appreciation of hard rock in punk, and it's great that they've fused together. Now it's time to appreciate the pop side. Attitude is one thing. But a good song is the most important thing. It's the only way to really touch someone."

Butch Vig on Nevermind
Co-producer and engineer
13th september 2001


Butch Vig was a top record producer in the U.S. underground when he got the call to co-produce and engineer Nevermind in 1991. He has since made three albums with his own alt-pop group, Garbage. But Vig says bands still ask him to produce their records, to make them "sound like Nirvana. I say, 'You want to sound like Nirvana? Write songs as good as Kurt Cobain.'"

You first recorded Nirvana in April 1990 at your studio, Smart, in Madison, Wisconsin, for what was supposed to be their second Sub Pop album?
Jonathan Poneman [of Sub Pop] called up and said, "This band can be bigger than the Beatles." I laughed.

He really said that?
Yeah. The van pulled up, they walked in. I had no preproduction. One of the first things Kurt said was, "We want to sound slower and heavier than Black Sabbath. Turn the treble off on all the tracks."

We recorded eight songs in six days. I mixed the tracks and sent them to Sub Pop. I think Kurt and Krist [Novoselic] had made cassettes and given them out to shitloads of people. All of a sudden, everyone I knew had copies of the sessions.

Five of those songs became Nevermind classics. Could you hear the leap in Kurt's writing from Bleach?
It was much more sophisticated. The melodies were gorgeous. In "In Bloom," the chorus is, "He's the one who likes all the pretty songs." "Pay to Play," which became "Stay Away," was closer to old-school punk but it was less one-dimensional than the stuff on Bleach.

"Polly" on Nevermind is the actual Smart demo. Why didn't you recut it?
I don't know that Kurt heard the song in any other way. He had this old, shitty five-string guitar that he never bothered to tune. It had these nylon strings, this plucky, ukulele sound. He was playing and singing so quietly that there was tons of tape hiss on the track. Being a nerdy engineer, I'm going, "Oh, shit." He was like, "No, that sounds good."

What was Kurt like as a bandleader?
He and Krist had a specific chemistry. Krist wrote a lot of the hooks, which came across on Nevermind. In a lot of the songs, the verses are just chords and melody. The riff is the bass hook. Kurt gave Krist a lot of latitude. I rarely heard him say, "I think you should change that riff."

The hardest thing was that Kurt would go through these mood swings. He would be really articulate and talk about what he wanted. Then, for no apparent reason — I could never tell what triggered it — he would just shut up. He would sit in the corner and not say anything. I'd say, "Do you want to do another take?" He wouldn't even look at me.

How hard was it to maintain a working pace when you didn't know which Kurt was going to show up?
Usually, both showed up on the same day [laughs]. The swings were very extreme. But if he would go into a funk, it would only last an hour or two. At Smart, I was trying to figure out if he was pissed off. I was trying not to push him too much. Krist finally said, "He's all right. He's just moody sometimes. He'll come out of it."

Kurt often talked about his love for the Beatles. Did you try to bring that out, the pop within the noise?
I would use it to motivate him. When I wanted him to double-track his vocals, he would go, "That's fake. I don't wanna do that." I'd go, "The Beatles did it on everything. John Lennon loved the sound of his voice double-tracked".But he would be sitting around, strumming his guitar, playing "Julia." He was constantly playing little Beatles things. One night, while we were making Nevermind, they'd all taken mushrooms and gone to Venice Beach to watch the sun come up. He told me that he went to listen to the White Album at about 7 a.m. He was going, "It's the greatest album in the history of albums!" He had that innate melodic sensibility that came out of him, and part of it was from listening to the Beatles.

What do you remember about the day you cut "Smells Like Teen Spirit"? They got the rhythm track in three takes.
Kurt had a hard time doing the guitar intro and then clicking onto a clean effect in the verse. It was a foot pedal called a Small Clone. It had this watery effect, the same one we used in "Come as You Are." He couldn't get the timing of it. I said, "We'll go back and overdub it later." That pissed him off. He wanted to play it live all the way through.

The day you cut "Lithium" also yielded the CD-bonus track, "Endless, Nameless."
For some reason, in "Lithium," the band kept speeding up. Kurt hated it. It was bugging him. Then Kurt went off into "Endless, Nameless." He just started banging away, the band latched on, and I got it all on tape. He was livid, so fucking pissed. The anger and frustration in his eyes — it was scary. He sang so hard he strangled his vocal cords, then he smashed up his guitar. It was a left-handed Mosrite. That ended the session, because that guitar was what he played on ninety percent of the album.At the end, he was completely drained. Kurt came into the control room and didn't say anything. He didn't even want to hear it back. He just sat on the couch, and I said, "Well, maybe that's it for today."

Where did the nutty start of "Territorial Pissings" — Krist yelping the chorus of the Youngbloods' "Get Together" — come from?
That's Krist singing into one of Kurt's guitars, a Fender Jazzmaster. It had a shitty pickup, and you could sing into it. Kurt wanted to put some intro on the song. I said, "Why don't you do some stupid hippie lyric in there?" Krist went in and sang a bad a cappella version of it. Kurt died laughing. Then I thought, "Do we have clearance on this? Is this going to be a problem?" [According to Novoselic, Nirvana pays a publishing royalty for that intro.]

What was it with Kurt and cellos? There's one on "Something in the Way," and he used them later on tour and on In Utero.
There is a melancholy to it. He loved that sound. Dee Plakas from L7 — her husband played cello on that track ["Something"]. The hardest thing was getting it in tune with the guitar, because Kurt recorded the song with that five-string nightmare he had. It was never tuned to anything — it was like between notes — but that was what Kurt wanted to use.
We struggled to record bass and drums and guitar live on that song. Then Kurt came into the control room. He was really frustrated. He sat on the couch and started playing the song, mumbling the words. I could barely hear him. But there was an intensity to it. I shut the doors to the control room and told the assistant engineer to turn off the telephone. We put a vocal mike on Kurt and a condenser mike on the guitar. He lay on the couch and did the song. I knew right away that I wanted to end the album with it. Instead of ending the album with an adrenaline high, it leaves you thinking. It leaves a stillness in the air. There aren't many outtakes from the album: "Old Age," "Sappy," also known as "Verse Chorus Verse," and something called "Song in D".I wanted Kurt to finish the words to that one. It was like "On a Plain" or "About a Girl," this jangly arpeggio thing in the key of D. I thought I could turn it into another single. At the end, Kurt said he didn't want to finish it because it was too much like R.E.M. For "Sappy," he had some lyrics, but he wanted to change it. The band tried to record it on numerous occasions. It was one of those songs Kurt heard in his head, but they never got it right. But he kept taking a stab at it.

Did it bum you out when, after Nevermind became a hit, Kurt repudiated the production, saying it was too arena rock?
Yeah, it did. I know the band loved it when it was done. But I expected that to happen. When you're hanging out with your punk friends, and all of a sudden you go Number One, you can't go, "God, I love that album, I'm glad it's sold 20 million copies." It was hard for him to embrace it.He was so complicated anyway. There are moments when I think about what that record did to him. Maybe if he hadn't had that success, he'd still be around. It's hard to know. He was miserable a lot of times, but what I found when we were recording was that he found escape in music. If he hadn't had that, he might not have lived as long as he did.

Can you see any cracks in Nevermind today, anything you would have done differently, regardless of subsequent events?
There are a couple of lines that he sang in "Teen Spirit" that are out of tune. I wanted him to go back and redo them, and he didn't want to do it. I can still hear them. But that's all right. It was more about the feel than making it perfect.
_________________
KULT: Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,, PEARL JAM: Matt Cameron,Eddie Vedder,
Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready
Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA: Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain
Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS: Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
 
 
JAMik 
Poligon nr. 4



Dołączył: 16 Cze 2006
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-04-18, 11:55   

Znaczenia utworów zebrane na różnej podstawie:
żródłó: www.nirvana.website.pl


SMELLS LIKE TEEN SPIRIT


Fenomenalny pierwszy singiel z „Nevermind” (z towarzyszącym mu utworem „Drain You”) pojawil się na rynku w sierpniu 1991 roku tuż przed wydaniem albumu. Piosenka ta była doskonałym przykładem brzmienia Nirvany i twórczości Kurta Cobaina. Charakteryzowały ją niesamowite zmiany dynamiki, wybuchające między łagodniejszymi akordami i gigantycznym naporem dźwięków. Kryła w sobie niezwykle chwytliwa melodię, jednocześnie radosną i smutną oraz tekst, w którym nikt nie potrafi dopatrzyć się sensu. Piosenki zamieszczone na albumie „Nevermind” nie niosły ze sobą bardziej czytelnego i wyraźnego przesłania niż utwory z „Bleach”. Prezentowały jednak osobowość Cobaina w jej całej skomplikowanej okazałości – jego zwątpienie, gniew, wściekłość, obrzydzenie i humor. Wszystkie te emocje były jak najbardziej czytelne bez względu na zawiłość tekstów. Mimo, że najpopularniejszy utwór z „Nevermind” był typowym mrocznym zmaganiem się Cobaina z sensem życia i jego brakiem, to inspiracja do jego napisania pojawiła się w dość nietypowej formie – był nią dezodorant. Kiedy Cobain mieszkał na North Pear Street w Olympii , pewnego wieczoru umówił się ze swoja przyjaciółką Kathleen Hanna z zespołu Bikini Kill. Grupa ta miała odegrać istotną rolę w punkowo- feministycznym ruchu „Riot Girl”, który swym zasięgiem ogarnął Olympię i Seattle. Kurt i Kathleen postanowili oddać się jednej ze swoich ulubionych zabaw – malowaniu graffiti. Po upiększeniu kilku ważnych budynków w Olympii napisami w stylu „God is gay” („Bóg jest pedałem”), wrócili do mieszkania Cobaina, gdzie Kathleen napisał wielkimi literami na ścianie „Kurt smells like Teen Spirit” („Kurt pachnie jak Teen Spirit”). Cobain potraktował to jako komplement, myśląc, że przyjaciółka w ten interesujący sposób daje mu do zrozumienia, że nadal ma w sobie cechy buntowniczego nastolatka. Niestety, zadziałało tu dość specyficzne poczucie humoru Kathleen – „Teen Spirit” był bowiem dość mdłym dezodorantem dla młodych kobiet firmy Mennen, kryjącym się na dolnych partiach sklepowych półek. Dopiero, kiedy Cobain napisał, nagrał i wydał piosenkę uświadomił sobie, że inspiracja dla tytułu stał się popularny antyprespirant. Od strony muzycznej piosenka powstała w dość niezwykłym momencie: Ćwiczyliśmy (z Grohlem) od około trzech miesięcy... powiedział Cobain w wywiadzie udzielonym w styczniu 1994 roku Davidowi Fricke z magazynu „Rolling Stone”. My z Davidem mieszkaliśmy w Olympii, a Krist w Tacoma. Jeździliśmy tam co wieczór, by odbywać próby i pisać nowe piosenki. Ja sam bardzo chciałem napisać piosenkę pop, by na dobre pozbyć się wpływów The Pixies. Muszę to uczciwie przyznać. Odkąd po raz pierwszy usłyszałem tę grupę, identyfikowałem się z nią tak bardzo, że powinienem chyba zostać jej członkiem lub przynajmniej członkiem zespołu grającego utwory z jej repertuaru. Korzystaliśmy z jej podejścia do dynamiki – w jednej chwili byliśmy delikatni i spokojni, by zaraz potem przejść do ostrego i głośnego brzmienia. „Teen Spirit ” opierał się na bardzo banalnym riffie – bardzo bliskim riffom grupy Boston czy też „Louie Louie”. Kiedy po raz pierwszy zaprezentował chłopakom partię gitarową, Krist spojrzał na mnie i powiedział: „Przecież to śmieszne”. A ja kazałem im to grać przez półtorej godziny. Podobieństwo akordów „Teen Spirit” do pochodzącego z 1976 roku przeboju grupy Boston „More Than A Feeling” komentowano bardzo często po ukazaniu się utworu Nirvany na singlu. Jednak jak to często bywa w przypadku twórczości Cobaina, fakt ewentualnego zapożyczenia z innego utworu wcale nie umniejszał siły przekazu jego piosenki. Często też podkreślano mało zrozumiały i pozornie bezładny tekst. Powszechnie dopatrywano się w nim pełnego ironii wołania niezadowolonej i rozczarowanej młodzieży. Interpretację taką wspomagał niejako teledysk niczym z koszmarnego snu przedstawiający kipiący energią zlot uczniów szkół średnich. Jednak nawet fani, którzy natychmiast pokochali utwór, mieli problemy z określeniem, o co tak naprawdę w nim chodzi. Jeszcze raz okazało się, że przejmujący tekst Cobaina nie zawierał w sobie zbyt głębokiego przesłania, „Teen Spirit” jawi się jednak jako posępne odzwierciedlenie uczuć osoby, która jest niechętnym członkiem mało ciekawej grupy. Radosna energia kryjąca się w muzyce odbija się od pełnego przygnębienia tekstu, który otwiera apel Cobaina do przyszłych buntowników: „Load up on guns” („Naładujcie broń”). W refrenie pojawiają się zaś elementy niezbędne przy każdym natchnionym spotkaniu nastolatków: mulaci, albinosi, komar i libido Cobaina. Jeden z wersów, który wyróżnia się od pozostałych: „Here we are now, entertain us” („Oto jesteśmy, zabawiajcie nas”) ma swoją własną historię. Był bowiem odzywką stosowaną przez Cobaina „na wejście”. Mówiłem to dla przełamania lodów za każdym razem, gdy zjawiałem się na jakiejś imprezie, powiedział we wspomnianym wcześniej wywiadzie dla „Rolling Stone”. Wiele razy, gdy stoisz otoczony tłumem, jesteś znudzony i czujesz się nieswojo. Dlatego też mawiałem w takich przypadkach: Oto jesteśmy, zabawiajcie nas. Przecież wy nas tu zaprosiliście. Życie stopniowo, w bardzo bolesny dla Cobaina sposób, stawało się odbiciem jego sztuki. W miarę jak popularność Nirvany rosła i coraz więcej fanów przygarniało cyniczny „Teen Spirit” z całą przepełniającą ich nastoletnią energią piosenka stawał się dla jej autora coraz większym ciężarem. Na ostatnich koncertach zespołu muzycy celowo pomijali ten wielki przebój, mimo, że rzesze fanów domagały się właśnie zagrania na bis właśnie tej piosenki.

IN BLOOM


W jednej z trzech piosenek z „Nevermind” w której wyraźnie pojawiały się odniesienia do broni, Cobain zaprezentował szkicowy portret osoby, na której życie złożyła się zła opieka rodzicielska i radośnie głupawy rock’n’rollowy eskapizm. Przywołując obrazy kochających rocka nieustannie zaćpanych straceńców z którymi dorastał w Aberdeen, Cobain opisuje faceta, który wyrósł już z okresu „nastoletniego rozkwitu” – ma teraz dzieci, które zamierza „sprzedać za jedzenie”, co nie jest dla niego powodem do rozpaczy, gdyż jak powtarza swojemu przyjacielowi : „Możemy mieć ich jeszcze kilkoro”. Postać ta żyje dla chwil, kiedy unosi go na skrzydłach jego ulubiona „przyjemna piosenka”, którą może zanucić. Może nawet będzie na tyle szczęśliwy, by wypalić ze swojej broni. Szczęście to jednak nie jest zbyt głębokie – bohater utworu nie ma pojęcia o czy opowiada piosenka, którą nuci i kim sam jest. Ujmując to za pomocą biblijnej składni możemy stwierdzić: „Azaliż nie dane mu było poznać, co znaczą te słowa”. W czasie gdy Cobain pisał „In Bloom” („W rozkwicie”), przygłupawi fani rocka, których miał na myśli, wciąż byli rzadkością na koncertach Nirvany. Jednak od samego początku działalności razem z kolegami był narażony na spotkani z „rockowymi gogusiami”, którym bardzo podobały się głośne, chwytliwe utwory grupy. Osobnicy ci nie mieli pojęcia (lub też nie chcieli go mieć) o tym, co członkowie Nirvany pragną w swej muzyce przekazać. Zależało im tylko i wyłącznie na „rockowym odlocie”. W czasie gdy Nirvana znalazła się na szczycie list przebojów, piosenka nabrała wymiaru bolesnej przepowiedni: na koncerty grupy przychodziły miliony ludzi, by sobie pośpiewać, praktycznie nie wiedząc co śpiewają. Przewrotny urok „In Bloom” zamyka się w tym, że będąc podstępnym potępieniem tego rodzaju fanów, jest również ekscytującą melodia rockową zachęcającą do wspólnego śpiewania. Jej refren przemawia w równym stopniu do jajogłowych ironistów, co do radośnie podskakujących przygłupów. Broń pojawiająca się w „In Bloom” oraz w innych piosenkach z „Nevermind” nie była wyłącznie dziełem wyobraźni Cobaina, który w Aberdeen dorastał w otoczeniu jej posiadaczy. W rzeczywistości nie zdawał sobie sprawy z częstego wykorzystywaniu tego typu obrazów w swoich utworach, dopóki nie zaczęto go wypytywać o ten fakt w wywiadach po ukazaniu się „Nevermind” na rynku. Broń odegrała tragiczną rolę w historii rodziny Cobainów. Jeden z ciotecznych dziadków Kurta zmarł w 1979 roku po postrzeleniu się w brzuch, a pięć lat później w podobnych okolicznościach zginął inny członek jego rodziny. W studiu nagraniowym „In Bloom” stworzył Dave’owi Grohlowi okazję do zabłyśnięcia w innej roli niż tylko utalentowanego perkusisty – jego dziełem są „boleśnie” wysokie harmonie głosowe, które wybijają się w refrenach. Piosenka zaczęła żyć własnym życiem poza „Nevermind”, gdy członkowie zespołu wraz z reżyserem Kevinem Kerslake’em wpadli na pomysł szczególnie ciekawego teledysku, który miał towarzyszyć utworowi. Parodiując wczesne programy telewizyjne, w których prezentowano muzykę rockową, taką jak choćby Beatlesów, muzycy pojawili się w nim z zaczesanymi do tyłu włosami i w pasujących do tego typu uczesania garniturach. Obraz zespołu sprzed lat osiągnięto również dzięki sfilmowaniu całości przez stare obiektywy Kinescopes. Cobainowi bardzo spodobała się ironia ukryta w zaprezentowaniu zespołu przez wymuskanego prezentera (Doug Llewellyn z telewizyjnego programu „The People’s Court”), który przedstawił ich jako „miłych, przyzwoitych i eleganckich młodych mężczyzn”. Praca nad teledyskiem odcisnęła też swoje piętno na wizerunku Nirvany – Cobain tak polubił okulary w grubej oprawie, które nosił na planie, że nie rozstawał się z nimi przez kilka miesięcy.

COME AS YOU ARE


Po niesamowitym wybuchu ostrych gitar, grzmiącej perkusji i czysto popowej energii utworów „Smells Like Teen Spirit” i „In Bloom”, album „Nevermind” nieoczekiwanie zmienia atmosferę, przechodząc od chłodnego, czasami wręcz lodowatego nastroju i pozornie stłumionego brzmienia gitary w „Come As You Are” („Przyjdź Jaki Jesteś”). Odprężony, niemal łagodny feeling muzyki doskonale pasuje do wyjątkowego i radykalnego zwrotu, jakim było przesłanie teksty Cobaina. Zamiast kolejnego ujścia dla gniewu, wściekłości, obrzydzenia czy pogardy dla samego siebie, tym razem ten wspaniały autor postanowił napisać piosenkę o akceptacji. Cobain doskonale zdawał sobie sprawę z zasad społecznych, na mocy których pewna grupa ludzi egzystuje tylko dzięki czynieniu osób spoza jej kręgu obiektami pogardy i kpin. Sam dorastał bowiem w poczuciu, że to on właśnie jest jednym z tych wykluczonych poza nawias, wyśmiewanych, nie pasujących do innych dzieci. Czuł jednak, że gdzieś tam daleko – w lepszym miejscu, gdzie ludzie słuchają lepszych płyt – znajduje się grupa, w której mógłby się znaleźć. Miał nadzieje, ze ją znajdzie, gdy torował sobie drogę do świata punk rocka. Jednak gdy Nirvana powoli stawała się znaczącym zespołem na scenie w Seattle, uświadomił sobie, że nawet te „fajne” miejsca mogą być przepełnione zazdrością i bronić do siebie dostępu równie stanowczo jak paczki dzieciaków w Aberdeen, które po prostu biły słabszych od siebie. Po raz pierwszy zbuntował się przeciw takiej postawie „wtajemniczonych” w „School” z albumu „Bleach”. Kiedy pisał piosenki na „Nevermind” doszedł do wniosku, że teraz on sam ma władzę i jest jednym z tych „fajnych”, który może powitać innych w kręgu swej własnej grupy. I tak „Come As You Are” stał się otwartym, choć przepełnionym melancholią zaproszeniem dla wszystkich skłóconych z życiem. Zapewniał też wyraźnie wszystkich, że nie powinni dopatrywać się zagrożenia – w tej piosence „nie ma broni”. W utworze znalazło się przelotne odniesienie do substancji, która nadała tytuł debiutancki albumowi Nirvany – tutaj zapraszani są o przybycie, bez względu na to, czy pokrywa ich błoto, czy też ociekają wybielaczem. Była to jednocześnie jedna z kilku piosenek, które jeszcze nie powstały, gdy Vig spotkał się z członkami zespołu, by zarejestrować nagrania demo w Smart Studios. Producent usłyszał ją po raz pierwszy tuż przed sesjami do „Nevermind” – została bardzo surowo nagrana przez muzyków na boomboxie. Teledysk towarzyszący „Come as You Are” był o tyle istotny, że wykorzystał najważniejszy dla „Nevermind” obraz – pływającego pod woda niemowlaka z okładki. Piosenka spowodował również kolejne batalie prawne w karierze zespołu (po sporach wynikłych z faktu wykorzystywaniu nazwy Nirvana). Członkowie zespołu Killing Joke pozwali Nirvanę do sądu utrzymując, że główny riff „Come As You Are” jest kopia riffu pochodzącego z ich piosenki „Eighties”. W przeciwieństwie do procesów związanych z nazwą zespołu, ten nie kosztował muzyków zbyt wiele – Killing Joke przegrali bowiem sprawę.

BREED


Atakując słuchacza niczym wyrywający się spod kontroli wybuch, „Breed” jest na „Nevermind” jednym z najwspanialszych przykładów przyprawiającej o dreszcz emocji czysto metalowej przyjemności. Warczący wokal Cobaina opowiada w tekście o apatii, wyobcowaniu i o słabnącym pożądani, jednak początków tego utworów trzeba szukać w aptece. Początkowo nosił on bowiem tytuł „Imodium” i powstał w czasie pierwszej europejskiej trasy koncertowej Nirvany, kiedy to towarzyszył im inny zespól ze stajni Sub Pop – TAD. Promując swych nowych podopiecznych, Poneman i Pavitt – właściciele Sub Pop – znali doskonale zasady gry. Wiedzieli bowiem, że pewna grupa amerykańskich i angielskich zespołów o wiele lepiej radzi sobie w ojczystych krajach, jeśli wzmianka o nich pojawi się w prasie za Atlantykiem. Amerykańscy wykonawcy – od Jimiego Hendrixa po The Ramones – zyskali popularność w krajach dopiero po występach ze wielką wodą. Ta sama zasada dotyczyła też takich artystów jak choćby brytyjskie zespół The Police. Wiedząc doskonale, że kilka entuzjastycznych recenzji w prasie brytyjskiej zwróci uwagę na scenę w Seattle, właściciele wytwórni Sub Pop zaprosili w 1989 roku kilku brytyjskich dziennikarzy, w tym Everetta True z „Melody Maker” na „wizytację” raczkującej sceny muzycznej. Posunięcie to przyniosło spodziewane efekty –wielce pożądane recenzję ukazały się w prasie brytyjskiej i nagle okazało się, że Kurt Cobain i kilku jego kolegów z Seattle cieszą się międzynarodowym uznaniem na scenie punkowej. Zainteresowanie prasy brytyjskiej sprawiło, że jedynym logicznym posunięciem było zorganizowanie trasy po Europie. I tak w październiku 1989 roku Nirvana i TAD wyruszyły furgonetka na podbój Europy. Członkowie obydwu zespołów byli podekscytowani nową przygoda, lecz na wielu miłych chwilach kładł cień braku miejsca w pojeździe. Wziąwszy pod uwagę, że basista Nirvany mierzył blisko dwa metry wzrostu, a Doyle, frontman TAD był blisko 150-kilogramowym olbrzymem, nikogo nie powinien dziwić fakt, że miejsce w furgonetce Fiata było na wagę złota. Jakby tego jeszcze brakowało, potężny Doyle zaczął cierpieć na straszliwe dolegliwości żołądkowe i dni mijały mu na atakach wymiotów i biegunki. Lekarstwem, które miało uspokoić jego nieszczęsny żołądek było właśnie Imodium, którego nazwa doskonale pasowała Cobainowi do szczególnie potężnego riffu. „Imodium” była jedną z siedmiu piosenek zarejestrowanych przez Butcha Viga w kwietniu 1990 roku w czasie sesji w Smart Studios. Od strony muzycznej niewiele odbiegała od wersji, która ostatecznie znalazła się „Nevermind”. Jednak kiedy rok później muzycy rozpoczęli sesję nagraniowa w Sound City, nazwa lekarstwa ustąpiła miejsca „Breed”, a sam tekst przepełniały wersy opisujące nudę i przerażenie.

LITHIUM


W utworze „Lithium”, Cobain postanowił zbadać wpływ, jaki na rozchwiany i udręczony umysł wywiera zorganizowana religia. Nie ma zresztą nic dziwnego w tym, że zespół rockowy zajmuje się w swoim utworze religią – „Anti-Pope” grupy The Dammed. Punkowy atak wymierzony przeciwko hipokryzji stał się wraz z upływem czasu niemal wytartym banałem. „Lithium” okazał się jednak niezwykle przejmujący i przekonywujący dzięki temu, że Cobain postanowił zbadać to zjawisko niemal od środka – z punktu widzenia osoby, która zwraca się do Boga, by pomógł jej uporządkować zagmatwane życie i ukoić rozdygotany umysł. Napisany w pierwszej osobie przedstawia słuchaczowi osobnika udręczonego i bliskiego szaleństwa, którego przy zdrowych zmysłach utrzymuje jedynie wiara w Boga. Jednak tekst Cobaina – daleki od ziejącego nienawiścią potępienia – nie kryje w sobie zbyt wiele współczucia. Fakt, że utwór opowiadający o Bogu i szaleństwie powstał w oparciu o jedną z najpiękniejszych i najłagodniejszych melodii na płycie co czyni go wyjątkowo przejmującym. Lit, który nadał utworowi tytuł, jest pierwiastkiem występującym w przyrodzie w śladowych ilościach. Syntetycznie otrzymywany jest lekarstwem powszechnie przepisywanym chorym cierpiącym na depresję maniakalną, choć wpływ wywierany przezeń na mózg nadal nie jest do końca zrozumiały i zbadany. Łagodzi on wahania nastrojów będące objawami tej choroby, potrafi jednak sprowadzić pacjenta do stanu otępienia. Cobain wykorzystał go w tytule swego utworu jako odpowiednik stwierdzenia Karola Marksa głoszącego, że religia jest opium dla mas. W procesie tworzenia „Lithium” można odnaleźć kilka elementów autobiograficznych. Rodzice Cobaina, Don i Wendy, rozwiedli się w 1976 roku, gdy Kurt miał dziewięć lat. Od tej pory nigdy już nie zaznał ciepła rodzinnego domu. Choć po rozwodzie to matka otrzymała prawo do opieki nad synem, przez następne kilka lat nieustannie podróżował między domami rodziców. Kiedy stosunki pomiędzy matką i synem oraz ojcem i synem stopniowo się ochładzały, i stawały się coraz trudniejsze, młody Cobain szukał schronienia w innych domach. Na początku 1985 roku jego relacje z matką układały się wyjątkowo źle – wyszła w tym czasie ponownie za mąż i spodziewała się dziecka. Również ojciec był mocno rozczarowany synem, który nie tylko nie skończył szkoły średniej, ale również nie przejawiał najmniejszego zainteresowania karierą w marynarce Stanów Zjednoczonych. Cobain zamieszkał wówczas na krótki czas z rodziną przyjaciela, Jesse Reeda. Państwo Reedowie, choć nie byli zachwyceni nowym przyjacielem syna, zapewnili Kurtowi wikt i opierunek na miesiąc, żądając jedynie, by gość uszanował ich przekonania religijne. Oboje byli bowiem „odrodzonymi” na nowo chrześcijanami. Z tych kilku tygodni spędzonych w domu ciężko pracujących, ortodoksyjnych chrześcijan Cobain zaczerpnął inspiracje do stworzenia dziwnej postaci, która śpiewa tekst w „Lithium”.

POLLY


Cobain rzadko szukał natchnienia w gazetach, lecz czasami przeczytany artykuł wywierał na nim tak mocne wrażenia, że odpowiadał na niego piosenką. Tak też był w przypadku historii o nieludzkim traktowaniu dzieci, którą zamienił w niepokojący utwór „Paper Cuts”; tak też było w przypadku „Polly”. W 1987 roku gazety w Seattle opisały wstrząsającą historię; młoda dziewczyna po punk – rockowym koncercie w Community World Theater w Tacoma została zgwałcona przez człowieka o nazwisku Gerald Friend. Friend zaciągnął ją do przyczepy campingowej, w które mieszkał, gdzie związał, kilkakrotnie zgwałcił i torturował wykorzystując przy tym pejcze, brzytwy i palnik tlenowy. Nieszczęsnej dziewczynie udało się na szczęście uciec, gdy oprawca zabrał ją samochodem, by załatwić kilka spraw. Friend został aresztowany, skazany i do dziś przebywa w więzieniu. Cobain pragnął przekazać w utworze cały horror kryjący się za tą historią, lecz tragizm incydentu sprawił, że nie bardzo umiał sobie z tym wszystkim poradzić. „Polly” powstała w okresie prac nad „Bleach”, lecz przeszła kilka przeobrażeń: czasami brzmiała surowo, nieraz jak utwór akustyczny, czasami przybierała bardziej „elektryczną” formę. Cobain wyciszał i przesiewał obrazy, które pragnął w niej zamknąć, aż udało mu się uchwycić impresjonistyczne, lecz nie mniej przez to udręczone padające z ust gwałciciela. To właśnie sprawia, ze „Polly” tak bardzo wyróżnia się sposób innych utworów. Zarejestrowano ją w czasie sesji do maksi-singla „Blew” i podczas przygotowań nagrań demo w Smart Studios. Wersja nagrana w Smart Studios oparta na delikatnych akordach gitary akustycznej została uznana prze producenta Butcha Viga i członków zespołu za najlepiej oddającą tragizm i koszmar wydarzenia. Na „Nevermind” zachowano jej surowy charakter, przez co pozostawała w kontraście do reszty albumu. W szaleńczym zamieszaniu koncertów Nirvany „Polly” często wprowadzała przejmujący moment ciszy. Nastrój utworu sprawił, że nie kto inny jak sam Bob Dylan obejrzał występ zespołu w Nowym Jorku (MTV Unglupped In New York), właśnie dzięki „Polly” opisał Nirvanę jako zespół „z charakterem”, a o Cobainie wyraził się, że „ten dzieciak ma serce”. Piosenka zatoczyła niezwykle przykry krąg, kiedy w 1991 roku para zwyrodnialców zgwałciła młodą dziewczynę śpiewając przy tym „Polly”. Cobain podsumował ten incydent w notatkach do albumu „Intesticide” pisząc: na tych dwóch szkoda było spermy i jajeczek. Stwierdził dalej: Ciężko jest mi się pogodzić z myślą, że mamy wśród swojej publiczności takie szumowiny. Przepraszam, ze wyrażam się tak parszywie, ale to właśnie czuję.

TERRITORIAL PISSINGS


Najbardziej „punkowy” utwór na „Nevermind”, „Territorial Pissings”, wraz ze swym tytułem zadaje cios klikom powstałym na muzycznej scenie i przejawom rock’n’rollowego wizerunku „macho”. Od strony tekstowej ten trzy-akordowy wybuch przenosi na nieco inne obszary, prezentujące krótkie i zwięzłe komentarze Cobaina na temat życia. W piosence można znaleźć kilka oczywistych prawd na temat paranoi i kobiecej mądrości obok krzyków błagających o możliwość ucieczki do lepszej przyszłości. Jednym z fragmentów związanych z biografią autora jest pierwszy wers utworu, w którym powraca do czasów, kiedy był „obcym, kosmitą”. W książce pt. ”Come As You Are” Michaela Azerrada Cobain wyjawił jej autorowi skąd pochodzi ten pozaziemski obraz. Jako dziecko bowiem Kurt często snuł fantazje, że jest istotą z innej planety. Bardzo chciałem pochodzić z innej planety, tłumaczył. Co noc rozmawiałem z moimi prawdziwymi rodzicami i rodziną znajdującą się gdzieś daleko na niebie. Wiedziałem, że wokół mnie jest mnóstwo innych kosmicznych dzieci, które spadły na ziemie i kilkoro z nich udało mi się spotkać. Kilka rozpraw psychologicznych opisuje tego rodzaju fantazje jako bardzo powszechne wśród szczególnie wrażliwych lub nieprzeciętnie inteligentnych dzieci, które nagle znajdują się w mało przyjaznych, trudnych warunkach życia. Tekst „Territorial Pissings” nie musiał zresztą przekazywać zbyt wiele treści – piosenkę popycha do przodu jej niezwykła energia. Spora cześć niezwykłego nastroju ma swe źródło w technice nagraniowej, którą Cobain wykorzystał przy rejestracji kasety Fecal Matter w domu swojej ciotki w Aberdeen. Zamiast podłączyć gitarę do wzmacniacza i przy pomocy mikrofonu zarejestrować jej brzmienie, wbrew życzeniu Butcha Viga Kurt podłączył ją bezpośrednio do konsolety. Piosenkę zarejestrowano w jednym, niesamowitym podejściu. W rzeczywistości „drugie podejście” było niemożliwe – na „Nevermind” słychać doskonale, że głos odmówił Cobainowi posłuszeństwa tuż przed końcem utworu. W piosence tej jedyny raz e historii zespołu w roli wokalisty wystąpił też Krist Novoselic. Po włączeniu taśmy poproszono go bowiem, by zaśpiewał cos na początek. I tak jako intro utworu zaprezentował – nieco fałszując – refren z wydanego w 1967 roku singla Youngbloods „Get Together”. Piosenka, napisana przez Dino Valente z Quicksilver Messenger Service, stała się wielkim przebojem, gdy Youngbloods wydali ją tuż po ukazaniu się ich albumu „Elephant Mountain”. Znały ja również dzieci „z lat 70-tych”, wykorzystywana w spotach promujących serdeczność i dobre układy z sąsiadami. Słowa pokoju i miłości w interpretacji Novoselica zostały bez wątpienia pomyślana jako komiczny przerywnik, lecz on sam przyznał później, że nie zamierzał wcale naśmiewać się z popularnego w latach 60., zespołu. To po prostu się stało. Chciałem dodać do tego utworu trochę hippisowskiego idealizmu. Ale nie było to tak do końca przemyślane. Naprawdę lubię tę piosenkę Youngbloods. „Territorial Pissings” odgrywał ważna rolę w czasie koncertów Nirvany. Na scenie bowiem członkowie zespołu bardzo lubili znęcać się nad swoimi instrumentami i mieli w tym utworze doskonałą ścieżkę dźwiękową do rozwalania gitar i perkusji pod koniec koncertu. Piosenka ta służyła też czasami jako wyraz ostatecznego lekceważenia w stosunku do producentów telewizyjnych i facetów z mediów, których muzycy nie lubili. Jeśli czuli się bowiem oszukani przez producentów programu, w którym zgodzili się wystąpić, rezygnowali natychmiast z „przeboju” jaki mieli początkowo zagrać i prezentowali przepełniony na wskroś pogardą „Territorial Pissings”.

DRAIN YOU


Od najwcześniejszych lat Kurta najbardziej fascynowały obrazy dzieciństwa, zwłaszcza malutkich dzieci, w sztuce. Wiele z obrazków i rysunków jakie stworzył w dzieciństwie przedstawiało niemowlęta lub wyglądających na niemowlaki kosmitów w niecodziennym otoczeniu. Kiedy opuścił szkołę średnią i wprowadził się do swojego pierwszego mieszkania w Aberdeen, jego fascynacja stała się jeszcze bardziej silniejsza i dość makabryczna. Całe mieszkanie udekorował bowiem zakrwawionymi lalkami wiszącymi na malutkich stryczkach. Zaczął też kupować glinę, z której lepił własne laleczki, a potem wypalał je w piekarniku. Później przerzucił się na wytwarzanie z wszystkimi anatomicznymi szczegółami lalki przedstawiając noworodki, płody oraz poszczególne części ciała, które można było nabyć za pośrednictwem katalogów medycznych i w sklepach z artykułami chirurgicznymi. Obsesja na punkcie narodzin i płynów wypełniających ludzkie ciała towarzyszyła Cobainowi przez całe życie – mieszkania i domy, które dzielił z Courtney Love pełne były lalek- niemowlaków i modeli medycznych, które Kurt systematycznie kupował. Na koniec zatytułował swój kolejny album „In Utero” („W Macicy”), na którym słuchaczowi przychodził się pławić w wielu najróżniejszych płynach przepływających przez nasze organizmy. Jednak po raz pierwszy swą fascynację niemowlętami i funkcjonowanie ludzkiego ciała zdradził w piosence na „Nevermind”, która – co najdziwniejsze – była jednym z jego najłagodniejszych, dziwnie romantycznych dzieł. Pisząc materiał na „Nevermind” Cobain miał już za sobą kilka romansów i w „Drain You” („Chrzań Się”) próbował uchwycić fascynację płynącą z połączenia dwóch ciał, która towarzysz każdemu namiętnemu związkowi. Opisał to za pomocą obrazu dwóch niemowląt, które leząc obok siebie, powoli zaczynają badać najintymniejsze części swoich ciałek. Podają sobie jedzenie z ust do ust w słodkim – i bardzo pożywnym – pocałunku i tą samą droga „wyciągają” z siebie nawzajem infekcje. Podczas gdy większość piosenek Cobaina opierała się na abstrakcyjnych stwierdzeniach połączonych mocą nastroju autora i muzyki zespołu, tutaj z wielkim znawstwem podąża za początkowym konceptem. Dziwne dzieci są doskonałym odzwierciedleniem uczuć kochanków, którzy chcą być sobie tak bliscy, że decydują się na połączenie swych ciał. Znaleźć tu można również element narcystycznej miłości do samego siebie, której źródłem jest wyłącznie fakt, że jest się zakochanym. Sądzę, że napisałem wiele piosenek równie dobrych – o ile nie lepszych – od „Smells Like Teen Spirit”, powiedział Cobain w wywiadzie udzielonym dla „The Rolling Stone” w 1994 roku. Na przykład „Drain You”. A na pewno dorównuje „Smells Like Teen Spirit”. Uwielbiam ten tekst i nigdy nie miałem dość grania jej na koncertach. Po czym dodał: Może gdyby stał się tak popularna jak „Smells Like Teen Spirit” nie lubiłbym jej aż tak bardzo. „Drain You” jest równie doskonałym przykładem brzmienia zespołu jako tria utalentowanych muzyków. Pulsujący rytmem, potężny instrumentalny fragment utworu jest jednym z najlepszych muzycznych momentów albumu. Bez wątpienia Cobain skupiał na sobie uwagę jako „twarz” i „głos” Nirvany, lecz „Drain You” jest jednym z tych utworów, w których widać jak potężna była Nirvana jako zespół.

LOUNGE ACT


Linia basu, która w wykonaniu Novoselica otwiera „Lounge Act” nie brzmi wcale jak otwarcie utworu coctail-jazzowego, lecz muzycy żartowali, że dynamiczny feeling piosenki przypomina swym charakterem retro- swingujący nastrój prezentowany przez podrzędne zespoły przygrywające w hotelowych barach. Tak więc utwór, którego zalążek stanowi pozbawiony jeszcze tekstu jam, otrzymał głupawo przewrotny tytuł, który na dobre do niego przylgnął. Kiedy jednak Cobain ukończył tekst, tuż przed nagraniem utworu w czasie sesji w Smart Studios, miał on z tytułem niewiele wspólnego. Kiedy Kurt opuścił Aberdeen, by zamieszkać ze swoja dziewczyną Tracy Marander w Olympii, zaczynał powoli stawać na nogi jako autor, muzyk i artysta. Uświadomił sobie wówczas, że cechy osobowości, które wcześniej spychały go na margines, stały się jego przepustką do lepszego świata. Gdy zaczął coraz ambitniej podchodzić do swej muzyki, stanął w obliczu osobistego dylematu. Podczas gdy Tracy była podpora – zarówno moralną jak i finansową – jego artystycznych i muzycznych poszukiwań, to właśnie tak wielkie oddanie tym poszukiwaniom sprawiło, że ciężko mu było się stać „odpowiednim i dobrym chłopakiem” w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu. Nie przywołując żadnych konkretów, Cobain w utworze „Lounge Act” powraca do uczucia lojalności podzielonej pomiędzy miłość i sztukę. Choć w piosence nie brakuje sympatii i współczucia w stosunku do osoby będącej adresatem tych słów, drwi ona z przytłaczającego bezpieczeństwa związku, które odgradzało zakochaną parę od świata. Świata, który jedna z osób bardzo pragnie poznać lepiej. W piosence można również znaleźć mgliste odniesienia do tych osób z Olympii, które zainspirowały Cobaina i potrafiły docenić jego twórczy trud. Pojawiająca się w refrenie „przyjaciółka, które sprawia, że czuję” („friend who makes me feel”), to prawdopodobnie Tobi Vail, perkusistka zespołu Bikini Kills i znajoma Cobaina, która odegrała istotną rolę w powstaniu feministycznego ruchu „Riot Grrl” ogarniającego swym zasięgiem północny- zachód Stanów Zjednoczonych na początku lat 90. Energia i pasja, którą Vail i inne dziewczyny z „Riot Grrl”, przepełniająca ich muzykę sprawiła, że Cobain na tyle poważnie potraktował swoja twórczość, by uczynić z Nirvany ważna grupę na muzycznej scenie Seattle. I tak też się stało, że dopiero po sukcesie Nirvany, Bikini Kill i inne zespoły spod sztandaru „Riot Grrl”, mogły zarejestrować swoja muzykę na płytach (maksi- singiel Bikini Kill „Bikini Kill” wydany w 1992 roku przez wytwórnię Kill Rock Stars z Olympii, był jednym z najważniejszych dokonań tego ruchu). „Lounge Act” na albumie „Nevermind” kończy się przykładem „pożytecznych zabaw” w studiu. Muzycy, nie mogąc znaleźć zakończenia, które by ich w pełni zadowalało, po prostu zwolnili obroty maszyny nagrywającej i w ten sposób stworzyli warczące de-crescendo.

STAY AWAY


Spośród piosenek zamieszczonych na „Nevermind”, „Stay Away” („Zostawcie Mnie”) ma najdłuższą historię. Podstawowy riff tego utworu powstał bowiem w czasie, kiedy Cobain nagrywał materiał na taśmę Fecal Matter. Potem rozwinął go w pełny gitarowy utwór, który mu się spodobał, lecz tekst przechodził wiele przeobrażeń zanim autor doszedł do wniosku, że znalazł to czego szukał. Choć Cobain często pomniejszał rolę swoich tekstów, uwielbiał słowo pisane i bardzo często ciężko pracował, by osiągnąć zamierzony efekt. Bez względu na to gdzie spal, w pobliżu łóżka zawsze znajdowało się kilka notatników (miał bowiem zwyczaj zapisywania tekstów, wierszy i luźnych przemyśleń). Kiedy wpadł na jakiś pomysł, znalazł prosty rym czy też tylko tytuł, który jego zdaniem był wart dalszych poszukiwań, natychmiast przelewał go na papier. Wiele piosenek z „Nevermind” na pewnym etapie zawierało kilka różnych, gotowych do wykorzystania zwrotek i refrenów, a ostateczny kształt przybierało dopiero w tedy, gdy naciskany przez terminy Cobain na poważnie zaczynał redagować teksty swoich piosenek. „Stay Away” początkowo nosił tytuł „Pay To Play” („Płać Żeby Grać”) i nawiązywał do perfidnego zwyczaju, któremu hołdowały kluby w połowie lat 80-tych, kiedy na scenie muzycznej dominowały zespoły glam rockowe. Zamiast zapraszać zespól i wypłacać mu skromne honorarium lub procenty z zysków ze sprzedanych biletów, właściciele klubów zaczęli pobierać od wykonawców opłaty za czas spędzony na scenie. Najczęściej polegało to na zmuszaniu zespołów do wykupienia dużej części biletów po ustalonej cenie. Potem już sami muzycy musieli się zatroszczyć o ich dalszą sprzedaż – jeśli chcieli cokolwiek zarobić musieli oczywiście podnieść cenę. Mimo, że prawa rządzące ekonomia na poziomie klubów nigdy nie były sprawiedliwe, a ten system był wyjątkowo paskudny, gdyż przekładał marketing i znane nazwiska ponad wartość muzyki. Przerobiony przez Cobaina tekst stracił bezpośrednie odniesienie do tego niesprawiedliwego systemu, lecz pozostał ostrym potępieniem idącej w złym kierunku sceny rockowej. W czasach gdy rockowe trendy dyktowały takie zespoły jak choćby Guns’n’Roses, Cobain krzyczał, ze woli być „martwy niż modny”. Rzucane ostrym głosem słowa „stay away” („zostawicie mnie”) są rozkazami pod adresem głównego nurtu sceny muzycznej, z którą nie chciał mieć nic wspólnego, radami udzielanymi nic nie podejrzewającym słuchaczom i przyrzeczenia składane samemu sobie. Możliwe jest również, że wzmianka o „poison skin” („trującej skórze”) jest odniesieniem do jego zdaniem najbardziej groteskowego rockowego sukcesu tamtych dni – grupy Poison z Los Angeles.

ON A PLAIN


"On A Plain" wybucha na "Nevermind" niczym jeden wielki pocisk rockowej energii i mistrzostwa w tworzeniu łatwych do nucenia popowych piosenek. Kryje też w sobie jeden z najpiękniejszych sloganów, jaki może sobie wymarzyć zapatrzony w siebie narcyz - "Kocham siebie samego bardziej niż ciebie" ("Love myself better than you"). Jednak mimo wyraźnych przykładów dobrej woli, popowej roboty i kilku ciekawych fraz, n e jest to piosenka kryjąca w sobie szczególne wartości. W rzeczywistości jest to utwór o próbie napisania piosenki. Cobain zaczyna go mówiąc słuchaczowi, że początek będzie pozbawiony słów - i miał absolutną rację. Często, gdy przygniatała go konieczność zarejestrowania utworów na "Nevermind", Cobain przepisywał i poprawiał teksty w studiu, zwykle zatrzymując przy tym wszelkie prace produkcyjne. Niezadowolony z notatek, które zgromadził do tekstu "On A Plain", Kurt usiadł na kilka minut przed zaśpiewaniem piosenki i z wściekłością napisał tekst, który ostatecznie pojawił się na albumie. Potrafił bowiem szybko zmobilizować się, zamieniając w jednej chwili twórczą niemoc na kilka zgrabnych zwrotek. W tych, które wypełniają "On A Plain" śpiewa, że czas stać się niezrozumiałym i że musi napisać wersy, które nie będą miały najmniejszego sensu. Mniej więcej w połowie utworu pojawia się muzyczny fragment, stanowiący echo zasłyszanej gdzieś melodii. Nie dziwi więc odpowiadający mu tekst - "Somewhere I have heard this before" ("Już to gdzieś słyszałem"). Źródłem wersu : "Don't quote me on that" ("Nie cytujcie mnie w tej sprawie") były często uprawiane w studiu, żarty, w których zwrot ten był niezmiennie stosowany przy odpowiadaniu na bardzo przyziemne pytania. W piosence pojawia się też kilka elementów autobiograficznych, gdy Cobain śpiewa o swojej matce i o "czarnej owcy", lecz w ostatnim wersie zdecydowanie zniechęca wszystkich do przeprowadzania głębszych analiz utworu - chce go po prostu odśpiewać by móc wreszcie pójść do domu....

SOMETHING IN THE WAY


Ten najbardziej na „Nevermind” przepełniony wspomnieniami utwór wyrósł z kluczowego elementu legendy Cobaina, który zresztą on sam jeszcze bardziej spopularyzował. Pod koniec 1985 roku nie mając żadnych widoków na zdobycie pracy i zalegając z kilkumiesięcznym czynszem za mieszkanie, które dzielił z przyjacielem Jesse Reedem (u którego rodziny mieszkał kilka miesięcy – patrz – „Lithium”), Cobain dołączył do grona bezdomnych. Dysponując jedynie bloczkami na posiłki, korzystał ze schronienia jakie udało mu się w danym momencie znaleźć. Czasami oznaczało to spędzanie całych dni w bibliotece Aberdeen. Nocami przekradał się do domu Dale’a Crovera, gdzie sypiał na werandzie, jeśli nie chciał przeszkadzać domownikom. Mógł też przespać kilka godzin w furgonetce należącej do Chrisa Novoselica. Kiedy jednak nie chciał korzystać z uprzejmości przyjaciół, rozbijał mały obóz pod mostem North Aberdeen przerzuconym nad rzeką Wishkah i wiódł życie prawdziwego włóczęgi. Cobain był skazany na taki los jedynie przez kilka tygodni, ale fakt, iż przed znalezieniem azylu w świecie punk rocka był bezdomnym wędrowcem, stał się nieodłączną częścią historii Nirvany w czasie, gdy zespół zdobywał coraz większą popularność w okolicy. W „Something In The Way”, napisanej na krótko przed rozpoczęciem sesji do „Nevermind”, Cobain odmalował wzruszający, lecz przerysowany (do czego sam się przypal) obraz swego życia pod mostem. ”Coś” pojawiające się w tytule nigdy nie zostało do końca wytłumaczone. Może to być sposób opisywania nigdy w pełni nie zrozumiałych słabostek, choć równie dobrze może to być samo Aberdeen i pozbawiona przyszłości egzystencja, którą widział wszędzie wokół siebie. Ulotny i delikatny nastrój piosenki sprawił, ze bardzo trudno było go uchwycić w studiu. Naładowane energią wersje piosenki nie oddawały atmosfery, której Cobain szukał. Producent Butch Vig poprosił go wówczas, by zademonstrował na gitarze akustycznej jak należy te piosenkę grać. Cobain wszedł do reżyserki i zaczął „brzdąkać” na gitarze i śpiewać. Vig od razu zorientował się, że to właśnie trzeba nagrywać. Szybko ustawił mikrofony, zamknął drzwi do studia i zarejestrował partię Kurta, gdy ten siedział u niego w pokoju na kanapie.

Miłej lektury ;-)
_________________
KULT: Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,, PEARL JAM: Matt Cameron,Eddie Vedder,
Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready
Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA: Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain
Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS: Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
 
 
JAMik 
Poligon nr. 4



Dołączył: 16 Cze 2006
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-05-27, 02:28   

Znalezione w necie:

After finessing the recording of the album, Cobain and Butch Vig started to mix the album. After a few day's of work the band didn't like the way it sounded, so they searched for another person to do the job. DGC gave them a list of famous names from the industry. The first was Scott Litt (R.E.M) But Cobain didn't wan't the album to sound like any other band's album so he took the last person from the list Andy Wallace (Slayer-Seasons in the Abyss)

Ktoś coś o tym wie?
_________________
KULT: Krzysztof Banasik,Tomek Glazik,,, PEARL JAM: Matt Cameron,Eddie Vedder,
Janusz Grudziński,Irek Wereński,,,,,,,,,,,,,Stone Gossard,Jeff Ament,Mike McCready
Janusz Zdunek,Piotr Morawiec,,,,,,,,,,,,,,,,,NIRVANA: Dave Grohl,Krist Novoselic,Kurt Cobain
Kazik Staszewski,Tomek Goehs,,,,,,,,G,,,,,ALICE IN CHAINS: Jerry Cantrell,Layne Staley,Mike Starr,Sean Kinney
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - manga