Jasne, że nie wszystko jest albo czarne albo białe. Moje stwierdzenie na temat źródła wiary, to żaden osobisty wymysł, a raczej przytoczenie pewnych teorii. Nie mogę oprzeć się na autopsji, z prostych powodów ;).
Ale skoro już Wolter stwierdził, że Gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić, mając na myśli fakt, że ludzie niewykształceni (w ówczesnej rzeczywistości) powinni czuć bicz nad sobą, żeby się nie buntować i nie zacząć "apokalipsy" z braku poczucia granic, nasuwa tylko taki wniosek, że religia oparta jest na morlaności i wierze, wymuszanej prostym uczuciem strachu przed karą. Filozofia kija i marchewki.
Wydaje mi się, że to założenie Woltera było trochę błędne. Wyszedł od tego, że człowiek, nawet ten prosty, nie wierząc zaczyna świrować. A przecież są ludzie niewierzący i mają się dobrze. On związał wiarę z kodeksem moralnym, a przecież niekoniecznie musi tak być. Nie we wszystkich wierzeniach występowały jakieś nauki, przesłania.
Jasne, człowiek bez celu w życiu i bez głębszych wartości gubi się i faktycznie świruje. Ale niekoniecznie te wartości musi odnajdywać w wierze, a np. w etyce. Idąc tokiem myślenia Woltera można byłoby po prostu wprowadzić etykę, naukę o moralności, kodeks, i już każdy, nawet prosty człowiek wiedziałby, jak należy postępować, a jak nie. I niekoniecznie trzeba w coś wierzyć. Byłoby to nawet lepsze, bo bazowało tylko na logice, wszystko byłoby jasne, klarowne, udowodnione. A przecież taki Bóg jest zagadką.
Aspekty wiary są różne. Wydaje mi się, że taki schemat "boję się, że pójdę do piekła --> czynię dobrze" - to straszne uproszczenie.. Można chcieć postępować dobrze bo np. wydaje się to danej osobie właściwe, a nie ze strachu, że mu ogień piekielny przypali tyłek. ;) No ale... nie jestem teologiem.
Ateiście jest łatwiej. O wiele łatwiej jest patrzeć tylko z punktu widzenia tego, co zostało udowodnione naukowo i tym się kierować, wyszukiwać nielogiczności i nieścisłości w tym, co nie zostało udowodnione. Wiara taka jest - nikt nie może udowodnić istnienia bądź nie istnienia Boga, a poza samym istnieniem bądź nie istnieniem - niełatwo go rozumieć. Biblia jest ciężka, niejednoznaczna, wiele zależy od interpretacji. Łatwiej jest ateiście wyśmiewać wierzącego, który, pomimo że wierzy, nie wszystko wie i nie wszystko rozumie. Ale czy musi?
A może to ateiście jest łyso, że jest coś, czego nie może ogarnąć umysłem? ;D
A może to ateiście jest łyso, że jest coś, czego nie może ogarnąć umysłem? ;D
Nie sądzę. To jak wiara w UFO. Istnieją ludzie, którzy naprawdę są przekonani o obcej inteligencji. Ogół patrzy na to z politowaniem. Podobny punkt widzenia mają ateiści. Nie ma sensu ogarniać umysłem czegoś, czego nie ma. Tak jak Ty, bądź Hook, nie próbujecie zrozumieć skąd w dłoniach greckiego Zeusa brały się pioruny, czy skąd wziął się Chaos, który dał wszystkiemu początek - podobnie ateiści nie zastanawiają się nad tym czy coś/ktoś na górze tam jest, czy ma brodę, czy może jest kobietą, bo dla nich to po prostu kolejna opowieść, mitololgia, historia, w którą się nie wierzy, a która jest ciekawa i warta poznania z czysto naukowego punktu widzenia. Czy to po to, żeby poznać mechanizmy od lat rządzące ludzkością, czy po to, żeby poznać jedną z największych religii świata.
Mnie osobiście wiara nie przeszkadza. Niezależnie od tego jaka by była - nie zadaję również pytań, bo po prostu mnie to nie interesuje. Nie narzekam na kościół (ani Kościół), bo ani mnie to ziębi, ani grzeje. Nie bojkotuję świąt - bo co mi to przeszkadza? Śmieszą mnie tylko tacy pseudoateiści, którzy za główny cel postawili sobie wytępienie jakiejkolwiek wiary, próbując przeciwstawić jej logikę. To nie ma sensu, bo przecież ta nie kieruje się logiką. Mniej więcej o to mi chodzi przez cały czas.
Aha, co do słów Woltera - imo są bardzo trafne. W jego czasach "bóg" wyjaśniał wszystko co niezrozumiałe, a ogień piekielny stanowił większy straszak niż jakiekolwiek, najsurowsze nawet, prawo. Gdyby prostych wieśniaków ogarnęła świadomość bezkarności, zaczęliby żyć w zupełnie inny sposób - próbując jak najefektywniej spędzić doczesne życie, to na hulankach, to na gromadzeniu bogactw. Powstałby chaos i tego chciano uniknąć.
Uważam, że człowiek musi w coś wierzyć, jeśli nie w Boga, czy inną spersonalizowaną siłę wyższą, to w coś innego, co pozwoli mu wierzyć, ze jego życie ma głębszy sens. Albo, ze gdy życie się skończy (jego własne, czy też kogoś z bliskich) będzie coś potem. Człowiek boi się śmierci, boi się nieistnienia. Nawet ateista w coś wierzy, nie w Boga to w rodzinę, przyjaźń, coś bardziej przyziemnego,ale wierzy nadal. I swoje życie podporządkowuje właśnie temu. Czyż nie? Może się mylę? :)
Człowiek musi wierzyć, ze podlega komu, bo przecież gdyby tak nie było to życie nie miałoby sensu, musi wierzyć, ze ktos tam nad nim czuwa
Gdyby tak nie było, to po co by byli ludzie?
Co do smierci, to właściwie coś musi być po życiu, inaczej nasz marny żywot byłby bez sensu
Polecam przeczytać "życie po życiu" , zapomniałam autora, ale świetna książka ;p
Tak to już jest, że "kto się narodził, umrzeć musi". I dotyczy to ludzi, zwierząt, roślin i wszystkiego, co żyje. Taka kolej rzeczy. Jak byłam mała, lubiłam oglądać filmy przyrodnicze, tam ładnie było to pokazane, ta wieczność i odnawialność przyrody, łańcuch życia... I w zachwycie nad tym można było dość do wniosku, że jednak to wszystko ma sens. Ewentualnie sens zbyt wielki, abyśmy mogli go pojąć. :)
Co do smierci, to właściwie coś musi być po życiu, inaczej nasz marny żywot byłby bez sensu
Ja uważam, że jest właśnie odwrotnie - zakładając, że po śmierci zachowamy jakąś świadomość, ale oddzieloną już od ciała, jednocześnie w pewien sposób przekreślamy wagę tego wszystkiego, co dokonaliśmy jeszcze za naszego życia. Innymi słowy, chodzi mi o to, że przyjmując istnienie życia po życiu, przyjmujemy jednocześnie, że to, co zepsuliśmy na Ziemi, naprawimy gdzie indziej. Mam o wiele większą motywację do poprawiania swoich błędów, kiedy zachowuję świadomość, że być może dana sytuacja jest dla mnie jedyną możliwą okazją to takiej naprawy. Gdybym wierzyła w swoistą nieskończoność mojego życia, zaczęłabym myśleć, że np. nie muszę się z niczym spieszyć, bo jeżeli nie zdążę zrobić czegoś tutaj, to przecież czeka mnie jeszcze cała wieczność (być może wynika to z twgo, że od dziecka miałam nie do końca takie wyobrażenia nieba/piekła/czyśca, jakie jest powszechnie przyjęte ). W każdym bądź razie w moim przypadku właśnie śmierć jako nieuchronny i nieodwołalny koniec nadaje sens wszystkim moim działaniom za zycia - bo wiem, że to są jedyne działania, jakie mogę podjąć. A jeżeli kiedyś po śmierci wyląduję w jakichś szalonych zaświatach - to cóż, będę chyba jedynie żałowała, ze za życia nie poczyniłam zakładu Pascala
Dorzucę jeszcze tylko cytat z Kundery, który utkwił mi w pamięci po lekturze Nieznośnej lekkości bytu: If every second of our lives recurs an infinite number of times, we are nailed to eternity like Jesus Christ was nailed to the cross. It is a terryfying prospect.Ale to już bardziej odnosi się do teorii wiecznego powrotu, niż do rozmyślań na temat życia po życiu.
chyba że rozum bee, ludzie-mózgi kłamia, a Szestow nie na darmo wytacza wszystkim współczesnym wojnę pod tytułem "czysta wiara"
taa.. Szestow, takiego zajoba pierwszy raz mój wzrok obaczył, come back scholastyki, choć na credo fides quaerens intellectum trudno jest budowac pojęcie o wierze i Bogu, ale ciekawe spojrzenie, bo inne niż wszystko..
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum